wtorek, 25 października 2016

Nie, dieta dr Dąbrowskiej mnie nie zabiła. Żyję i mam się lepiej niż przez ostatnich parę miesięcy, choć wciąż brakuje mi czasu i sił na odświeżanie bloga. Treści pojawiające się tutaj w najbliższej przyszłości będą pewnie częściej dotyczyć produktów/miejsc przyjaznych weganom i luźniejszych dywagacji związanych z okolicą, w której ostatnio mieszkam, niż wymyślnych roślinnych przepisów. Moja kuchnia jest malutka, a czas wolny skurczony.

Tak się złożyło, że wyniosłam się na pół roku z Warszawy do Southampton w celach zarobkowych. Pracuję w hurtowni spożywczej, gdzie pakuję owoce i warzywa na zamówienia klientów. Można by rzec, że praca wielce wegańska. Do tego mam możliwość kupowania wszystkich produktów w cenach hurtowych, w mojej kuchni nigdy nie brakuje więc zieleniny i bananów. Niestety zmiany są nocne, przez co rzadko udaje mi się wyjść z mieszkania za dnia. W odstawkę poszedł również sport, na który zwyczajnie brak mi sił.

Samo miasto jednak urzekło mnie swoim klimatem. Nie jest to ani wielka metropolia, ani zabite dechami miasteczko. Żyje się przyjemnie. 







O2 Guildhall nocą i za dnia. Flagowy dla Southampton kawałek architektury w samym centrum. Plac przed tym budynkiem jest miejscem spotkań i eventów. Ciekawe miejsce do obserwacji toczącego się życia.





Ulica sąsiadująca z O2 Guildhall- puby, sklepy, centra handlowe. Bardziej tłoczno jest tu po zmroku, bez względu na to, czy jest to dzień powszedni, czy też weekend.
Sama nie biorę udziału w takich eskapadach, jedynie obserwuję. Nie jestem specjalnie imprezową osobą.
Anglia jednak odczarowała mi nieco alkohol ze względu na wysoko rozwiniętą kulturę picia cydru. Zdarza mi się raz na jakiś czas wypić gruszkowego Rekorderliga.





Okolice West Quey, największego w mieście centrum handlowego. Niedaleko stąd do starego miasta pełnego urokliwych kamienic i kościołów. Niestety nie miałam ostatnio czasu porobić tam zdjęć.





Brama miejska.






Southampton okazało się bardziej przyjazne weganom, niż się spodziewałam. W tym poście skupię się raczej na możliwościach zakupowych-jedzeniowych. Zbyt rzadko stołuję się na mieście, aby móc się na obecną chwilę wypowiadać o restauracjach. Na razie wspomnę ogólnie, że stricte wegetariańskich knajp jest jak na lekarstwo, praktycznie wszędzie jednak da się zjeść coś smacznego bez produktów odzwierzęcych, a wiele zwykłych restauracji ma oddzielne wegańskie menu.

Jeżeli chodzi o supermarkety, najwięcej produktów wegańskich znajdziecie w tych droższych, takich jak Sainsbury's czy Morrisons- od substytutów mięsa, jogurtów czy serów, przez słodycze, aż po gotowce. W dyskontach typu Aldi czy Lidl nie znajdziecie zbyt wielu rzeczy tego typu. Wyjątkiem jest Asda- jest to relatywnie tani supermarket, który obfituje w ciekawostki dla roślinożerców.





Zazwyczaj na co dzień nie jadam wielu przetworzonych wegańskich produktów. Stale pojawia się u mnie tylko mleko roślinne jako składnik śniadań i kawy (czarna jest spoko, ale cappuccino na sojowym bije wszystko na głowę). W Asdzie (tak się to odmienia po polsku?...) wybór jest ogromny, a ceny bardzo korzystne. Standardowe rodzaje Alpro kosztują ok. 1,30, na luzie da się kupić też tańsze mleka za funta lub mniej. Rekordzista kosztował jakieś 70 p. Do tego te droższe mleka często bywają na promocjach. Uwielbiam np. mleko Koko- jak wielka była moja radość, gdy oba jego rodzaje można było kupić za funta!





W Anglii na stałe do mojego menu wszedł jeszcze jeden tego typu produkt- jogurty. Alpro są tutaj szeroko dostępne, a to chyba najpyszniejsze jogurty jakie jadłam w ogóle (uwzględniając te mleczne). Do tego TE CENY. Grzech przynajmniej nie spróbować.







Pewnym problemem jest tofu. Anglicy chyba nie bardzo w nim gustują, toteż zazwyczaj dostaniecie tylko ten jeden rodzaj pokazany na zdjęciu lub nic. Jest całkiem smaczne, ale nie umywa się do czeskiego Sunfooda czy tego od warszawskich Wietnamczyków. Za jakimiś innymi markami i smakami trzeba się nieco nachodzić, o czym za chwilę.
Tofu Cauldron znajdziecie między imitacjami mięsa, których w różnych supermarketach jest od groma, ale niestety większość z nich zawiera jajka. Trudno jest znaleźć między nimi coś w 100% roślinnego. Wiodąca w UK marka produkująca wege mięsa, Quorn, dopiero niedawno wpadła na pomysł robienia produktów dla wegan. Dostępne są bodajże ich burgery i kawałki "kurczaka", które znaleźć można w zamrażarkach w działach Free From.





Odkryłam te lody kiedyś przypadkiem, jedyne roślinne w tym supermarkecie. Nie pamiętam ceny. Były naprawdę pyszne, ryżowe się chowają.





Dział Free From nie jest może jakiś gigantyczny, ale da się tam znaleźć sporo ciekawych produktów. To było moje pierwsze podejście do brytyjskiego świątecznego puddnigu. Nieco zaklejający, ale podoba mi się połączenie słodyczy z brandy. Pokuszę się kiedyś o stworzenie swojej wersji.





Brytyjczycy uwielbiają kuchnię hinduską. W dziale kuchni świata znajdziecie pełno indyjskich produktów. Sos Tikka Masala zazwyczaj ma dodatek śmietanki w proszku, w dziale Free From znajdziecie go jednak bez zabielenia. Można w trakcie gotowania dodać do niego odrobinę mleczka kokosowego. Kupuję go czasem, gdy mam ochotę zrobić coś w tych klimatach na szybko.






Wegański sos Worcester był moim marzeniem, wszędzie jednak widziałam jedynie wersję z anchovis. W Asdzie dorwałam taki. Bardzo "umami".



Poniżej inne ciekawe rzeczy, które wpadły mi ostatnio w ręce, niekoniecznie w Anglii.





Dołączona do białka z groszku L-Karnityna w przesyłce od Shape It. Nie ćwiczę obecnie zbyt wiele, biegam jedynie z częstotliwością 1-2 razy na tydzień, stosowanie jej więc jest bezcelowe. Leży na półce i czeka na lepsze czasy.




Sproszkowane masło orzechowe o obniżonej zawartości tłuszczu (13 g na 100 g produktu). Dorwałam je w małym sklepiku ze zdrową żywnością Grape Tree. Bardzo smaczny dodatek do smoothies i owsianek.




Żeby nie było, że objadam się tylko przetworzonym junk foodem- korzystam też z dostępności warzyw mniej popularnych w Polsce. Zakochałam się w brukwi. Jest tak tania, jak u nas buraki, dostępna wszędzie i można z niej zrobić przepyszne curry (tak, planuję dodać przepis!).





To akurat również przywiozłam z Polski. Od dawna byłam ciekawa smaku zielonej herbaty matcha. Dopracowuję swoją własną wersję matcha latte. Chciałabym też wrzucić ten proszek do smoothie i zobaczyć, co z tego wyjdzie.



No dobrze, ale czy jest tam gdzie kupować jedzenie poza supermarketami?
Ależ oczywiście.
W centrum są dwa duże sklepy ze zdrową żywnością (pomijając wspomniany wyżej), z czego jeden całkowicie wegański. Ten właśnie- Rice Up Whole Foods- postanowiłam odwiedzić. Powiem szczerze, że na razie mi wystarczy, bo jest tam w zasadzie wszystko, co można sobie wymarzyć.
Ciasta, kanapki, ciepłe dania na wynos. Kosmetyki, suplementy. Organiczne warzywa i owoce. Orzechy, strączki i zboża na wagę. Batony, czekolady, lody. Najpyszniejsze podróbki mięsa, jakie jadłam. Cała lodówka z wegańskimi serami. Mrożone gotowce- paszteciki, pizze, kiełbaski. Sosy, słodkie kremy na chleb. Superfoods. I wiele więcej. O mamo.
Ten sklep to w zasadzie temat na oddzielny wpis.

Ceny są zróżnicowane, znaczna większość produktów jednak jest przystępna dla osoby o przeciętnych zarobkach.





Dokupiłam sobie tam podstawowe wegańskie suplementy, Veganicity od Sweet Piggy mam już na wyczerpaniu. W tle czekolada iChoc- niestety zapomniałam zrobić oddzielne zdjęcie. Spróbowałam ciasteczkowej, białej z wanilią i białej z nugatem. Ta ostatnia zasmakowała mi najbardziej, choć wszystkie były minimalnie za słodkie.




Wreszcie tofu inne niż Cauldron! Konsystencja bardzo na plus, nieco twardsza, ale nie sucha. Tofu marynowane ma ciekawy zestaw przypraw, ze skórką cytrynową na czele. Oba jednak są dosyć mdłe, raczej jako półprodukt niż gotowiec. W sklepie dostaniecie też inne marki, nieco droższe (te tutaj kosztowały niecałe 2 funty za kostkę).
Z lodówki pełnej serów wybrałam najpierw Vegusto. Smak świetny, bardzo serowy, ale ma on chrzęszczącą, plastelinową konsystencję, za którą nie przepadam. Innym razem kupiłam kremowy serek Tofutti oraz podstawową wersję smakową Sheese. Ten pierwszy całkiem mi posmakował- neutralny, lekko jogurtowo-twarogowy. Sheese za to okazał się kompletną porażką. Twardy, chrzęści i śmierdzi. Raczej nie pokuszę się o kupno innych rodzajów.




Dostępnych jest tam sporo substytutów mięsa Tofurky. Bez koloryzowania, są to najlpsze wegańskie "mięsa" w moim życiu. Szynka i kawałki "kurczaka" ze zdjęcia są po prostu idealne, innym razem kupiłam też plasterkowany tempeh "bacon style", który sprawił, że moje kanapki do pracy stały się kosmiczne.
Z boku na zdjęciu widzicie jeszcze pastę Tuna Style- całkiem dobra, ale niczego mi nie urwało. Smakuje jak pasta z niewielkim dodatkiem jakiejś wędzonej makreli czy czegoś w tym guście.





To tyle. Z tego niewielkiego ułamka jedzeniowych opcji łatwo wywnioskować, że usiłuję się tu do reszty nie utuczyć.
Obiecuję, że blog nie umrze, a ja będę się do Was odzywać, nawet jeśli nie będzie się to zdarzało bardzo często.




(w międzyczasie zdążyłam zafarbować włosy na czerwono i wyprać sobie z nich kolor u fryzjerów)

wtorek, 31 maja 2016

Na moim facebooku pisałam w zeszłym tygodniu o nagłym przerwaniu postu na jeden dzień z powodu wyjazdu. Moje niezorganizowanie i zachcianki na coś mącznego dały w efekcie jeden dzień, w którym jadłam kompletnie zwyczajnie. Czułam się jednak źle po tak nagłym zbombardowaniu mojego żołądka i następnego dnia wróciłam do diety.





Chciałam od zeszłego piątku włącznie na nowo przejść dwa tygodnie postu, jednak były to zbyt pochopne zamiary. Organizm się rozregulował. Byłam ciągle głodna, słaba i rozkojarzona, a sesja nie ma litości- nie mogłam tego tak po prostu przeczekać.
Z tego powodu dzisiaj minął mój ostatni dzień diety dr Ewy Dąbrowskiej- dzień 12, wyłączając ten felerny czwartek. Od jutra będę powoli wychodzić z diety, stopniowo dodając "zakazane"produkty.

Oto co dziś wylądowało na moim talerzu/w misce/ostatecznie w otworze gębowym.




1. Śniadanie- woda z sokiem z połowy cytryny i 2 spore jabłka.




2. Obiad- zupa z młodej kapusty: woda, ziele angielskie, liść laurowy, kminek, kozieradka, opalona cebula, marchew, seler, zewnętrzne liście młodej kapusty, czosnek, sól himalajska i majeranek. Zazwyczaj jeszcze dodawałam do postnej zupy kapuścianej pomidory i koperek, ale tym razem nie miałam ich pod ręką.
Zjadłam dwie takie miski.




3. Podwieczorek- truskawki. Co prawda dr Dąbrowska zaleca owoce jagodowe w ilościach dekoracyjnych, ale ja nie bardzo widzę uzasadnienia dla tej reguły. Truskawki są niskocukrowe, niskokaloryczne i są jednymi ze zdrowszych owoców w ogóle, więc nie ograniczałam ich sobie. Poza tym to moje ulubione owoce ever no i hej- 3,50 zł za kilogram i nie skorzystać?




4. Kolacja- sałatka. Szpinak, tarte młode buraczki i marchew (surowe oczywiście), rzodkiewki, sok z cytryny i sól himalajska. Zazwyczaj wieczorem jadałam właśnie takie sałatki z zielonymi liśćmi lub kapustę kiszoną.
Kot na przystawkę.


Co mogę powiedzieć po 12 dniach diety warzywno-owocowej?

Podejrzewam, że gdyby nie ten jeden dzień, który mi tylko namieszał, spokojnie pociągnęłabym post pełne dwa tygodnie i miałabym prawie same pozytywne odczucia.
Przed czwartkiem moje samopoczucie było świetne. Głód dokuczał tylko przez pierwsze dwa dni, a potem już organizm przyzwyczaił się, że dostaje mniej. Byłam energiczna w ciągu dnia i spałam jak suseł w nocy.

Potem nie było już tak różowo i stąd moja decyzja o wyjściu.

Efekty?
Przede wszystkim spadła waga, niestety w zbyt szybkim tempie. Miałam nadzieję, że organizm przestawi się na magazynowanie i będę chudnąć powoli, ale najwyraźniej dla organizmu był to szok.
Zaczynałam z wagą 75,4 kg, obecnie wynosi ona 70,7 kg. Jak na niecałe 2 tygodnie jest to bardzo dużo. Przypomnę, że mój wzrost to 178 cm. Ta zmiana ma głównie przełożenie na wymiary biustu, talii i bioder, chociaż odnotowałam również niewielki spadek centymetrów w udach.
Miałam nadzieję na poprawę cery, ale przez tak krótki czas przerwany jednym dniem nie zdążyłam niczego w tej materii ugrać. Jedyny plus- poznikały krostki na dekolcie, jednak te na czole i brodzie ciągle są widoczne.

Myślę, że jeszcze kiedyś wrócę do tego postu i przeprowadzę go jak należy, bogatsza o te doświadczenia. Na pewno nie skusi mnie wtedy nagłe wyjście z diety hardkorowym makaronem z tofu.

Moim planem na wyjście jest stopniowe włączanie zakazanych produktów. Zacznę od niewielkich ilości owoców innych niż jabłka i grejpfruty oraz ziemniaków. Do tego awokado i zmielone siemię lniane. Następnie produkty zbożowe, strączki, inne źródła zdrowych tłuszczów, na sam koniec bardziej przetworzone produkty- tofu, mleko sojowe itp. Nie wiem jak z kaloriami, będę jeść intuicyjnie.




W piątek zawitałam do Łodzi do MS2 w Manufakturze, aby zebrać ostatnie potrzebne materiały do mojej pracy licencjackiej. Przy okazji nie mogłam sobie odmówić zwykłego rozrywkowego szwendania się między dziełami sztuki współczesnej oraz... wizyty w łódzkim Rossmannie.





Rossmann w Manufakturze słynie z najlepszego zaopatrzenia w całej Polsce. To nie bajki. Byłam w niemieckich Rossmannach i cóż mogę rzec- łódzki nie odbiega od nich poziomem. Jedzenia odpowiedniego dla wegan jest kilka alejek i to nie tylko produktów enerBio. Batoniki, kiełbaski, tofu, milion past do chleba, superfoodów- można zwariować. Akurat miałam ograniczony budżet, do tego nie chciałam kupować rzeczy, których i tak nie mogłabym na razie jeść, zdecydowałam się więc na koper włoski z dodatkiem anyżu i kminku do picia.
Obkupię się następnym razem- 22 czerwca będę się tatuować w łódzkim Sigil Tattoo.

Ciekawi mnie, czy ktoś z Was miał podobne doświadczenia z nagłym wyjściem z tak mocno eliminacyjnej diety. Musieliście wychodzić stopniowo, czy wracaliście do normalnego jedzenia z dnia na dzień i wszystko było ok?


PS. Rabat!


niedziela, 22 maja 2016

Osoby, które nie wiedzą za bardzo czym jest dieta dr Ewy Dąbrowskiej i w jakim celu się ją stosuje odsyłam tutaj i tutaj.

W bardzo dużym skrócie, jest to dieta warzywno-owocowa, mająca na celu wspomóc pozbycie się z organizmu niepotrzebnych złogów i nieść szereg korzyści zdrowotnych. Wolno jeść praktycznie wszystkie warzywa poza ziemniakami, batatami czy innymi wysokoskrobiowymi oraz jeść jabłka, grejpfruty i cytryny, ewentualnie owoce jagodowe. Poza tym dozwolone są przyprawy ziołowe, niewielkie ilości soli oraz ziołowe i owocowe herbatki.




Po co właściwie się na to zdecydowałam?
Po pierwsze: nigdy nie stosowałam tego typu postu i jestem ciekawa, jak zareaguje mój organizm.
Po drugie: TRĄDZIK. Z moją skórą ostatnio dzieją się cuda-niewidy i już naprawdę mało co pomaga. Mam nadzieję na poprawę skórnej sytuacji.
Po trzecie: nieregularne odżywianie i wzrost wagi. Niby nic strasznego i wystarczyłoby po prostu zacząć jeść normalnie, ale z psychicznego punktu widzenia nie jest takie proste. Pracę w Vege Kiosku wspominam bardzo ciepło, ale niewątpliwą wadą był zbyt łatwy dostęp do mącznego, tłustego jedzenia, przez co zapominałam o konsumpcji jarzyn czy owoców. W efekcie większość moich spodni zrobiła się po prostu niewygodna, a nie mam zamiaru teraz wydawać kokosów na wymianę garderoby. Dieta warzywno-owocowa pomaga mi się wyregulować i nastawić na regularne jedzenie kolorowych posiłków.

Zaczęłam w czwartek i mam zamiar wytrwać dwa tygodnie. Nie traktuję tego jednak jako diety mającej mi zapewnić spadek wagi do docelowej. Wychodzić będę przez tydzień, powoli dodając do menu "zakazane" owoce i warzywa, następnie kasze, strączki, pestki. Potem będę już prowadzić zwykłą dietę redukcyjną z całym bogactwem nisko przetworzonych produktów roślinnych i niewielkim dodatkiem takich produktów jak tofu czy niesłodzone mleko roślinne.

Apeluję też, żebyście zastanowili się dobrze, zanim zdecydujecie się na podobny post. Być może wcale nie jest Wam potrzebny, a w wielu przypadkach można sobie nim zaszkodzić. Ja ostatnio traktowałam swój organizm naprawdę skandalicznie, a takie sprzątanie dobrze mu zrobi.

Główną inspiracją do podjęcia wyzwania był dla mnie ten wpis Darii Łukowskiej oraz pozytywne doświadczenia mojej współlokatorki, którą z tego miejsca pozdrawiam. ☺

Poniżej moje menu z dzisiaj.




1. Śniadanie- woda z sokiem z cytryny, grejpfrut, jabłko. Codziennie jem z rana praktycznie to samo.




2. Obiad- gotowany na parze pęczek botwiny  z sokiem z cytryny, szczyptą soli, pieprzem i dymką, pieczony bez tłuszczu seler, sos pomidorowo-czosnkowy (z koncentratu i passaty- mały fail z mojej strony, bo podobno nie można).




3. Podwieczorek- jabłko. Po tej przegryzce przetruchtałam spokojnym tempem jakieś 4 km z hakiem.




4. Kolacja- główka cykorii, garść jarmużu, tarta marchew, jabłko, ogórek, kiełki pora, sól kala namak, pieprz, sok z cytryny, koperek.


Do picia sporo wody, pokrzywa, pewnie wpadnie jeszcze napar z imbiru.

Jak widać jem sporo objętościowo, ale nie jest to dla mnie problemem, bo jestem przyzwyczajona do sporych ilości jarzyn w diecie.

Obecnie mija mój czwarty dzień. Głód dokuczał mi w zasadzie tylko dnia drugiego, teraz już go nie czuję. Mam sporo energii i śpię jak suseł. Waga pokazuje 2,4 kg mniej i przekłada się to również na obwody, ale pewnie w większości zszedł nadmiar wody.

Jeżeli macie już jakieś doświadczenia z podobną dietą lub dopiero się nad nią zastanawiacie i macie wątpliwości, chętnie poczytam o tym w komentarzach.
Przy okazji przypominam o poprzednim poście, w którym pisałam o produktach od Sensilab.
Śpieszę donieść, że szpinakowi czytelnicy mają rabat 15% na produkty marki Sensilab i Healthie po wpisaniu kodu SZPINAK115. Warto skorzystać, bo jest sporo ciekawych superfoods, którymi można wzbogacić codzienne menu.



czwartek, 21 kwietnia 2016

Wpadłam na połączenie chia i jogurtu sojowego zupełnie przypadkiem. Miałam akurat ograniczone zasoby jedzenia nadającego się na śniadanie, więc używałam tego, co akurat było na stanie. Efekt mnie dosłownie zmiótł.

Z pewnością zasmakuje Wam, jeżeli jesteście fanami jogurtu. Taki pudding ma też inną zaletę- jest tak samo kremowy, jak ten na mleku kokosowym, a przy tym zdecydowanie mniej tłusty.

Zdecydowałam się tu na użycie kilku dodatków podkręcających dodatkowo smak i wartości odżywcze, ale są one zupełnie opcjonalne. Róbcie swoje puddingi jak lubicie. ☺




Składniki na porcję
  • 125 g naturalnego jogurtu sojowego (użyłam Provamela, ale nada się każdy z bakteriami)
  • pół szklanki lekko słodkiego mleka roślinnego (u mnie sojowe lekko słodzone, jeżeli wolicie bez cukru- może być ryżowe, owsiane, orkiszowe itp)
  • 2 łyżki chia
  • łyżka jagód goji
  • łyżka suszonych jagód inkaskich (aka physalis)
  • 2 łyżki rodzynek
  • 1/2 łyżeczki acai w proszku
  • nakrętka wody różanej
  • ulubione owoce (u mnie mus z mango i owoce leśne)


W szklance/słoiczku mieszamy jogurt z mlekiem. Dosypujemy chia, suszone owoce, acai w proszku, wlewamy wodę różaną i mieszamy. 
Suszone owoce mogą być inne (byle drobne) lub można je zupełnie pominąć; acai jest opcją- nie zmienia smaku. Wodę różaną bardzo polecam, ale również nie jest konieczna. Wstawiamy pudding do lodówki na 15 minut, mieszamy ponownie i zostawiamy w lodówce pod przykryciem na minimum parę godzin, a najlepiej na całą noc.
Rano ozdabiamy ulubionymi owocami i zjadamy.
Smacznego!




Słówko o użytych tutaj superfoodach.
Suszone physalisy i sproszkowany sok z acai dostałam niedawno do recenzji od Sensilab.




Suszone physalisy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Spodziewałam się mdlącego smaku i owoców suchych jak wiór. Te są soczyste i intensywne, słodko-kwaśne. Świetnie podkręciły smak mojego puddingu. Będą też pasować do musli, owsianek albo jako samodzielna przekąska. Ciekawa odmiana od standardowych daktyli, fig czy moreli.




Acai w proszku ma pełnić funkcję antyutleniacza. Zalecana jednorazowa dawka to pół łyżeczki. Przy wmieszaniu takiej ilości do puddingu czy koktajlu nie ma żadnej różnicy w smaku. Można też użyć tego proszku jako posypki do deseru i wtedy wyczuwalny jest ciekawy, jagodowy posmak.

Ogółem produkty są ciekawe, wysokiej jakości i można nimi fajnie urozmaicić codzienną dietę, używając niewielkie ich ilości. Moi czytelnicy mogą też liczyć na zniżkę na te smakołyki, o czym wkrótce napiszę w szczegółach.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Natto to fermentowany produkt sojowy z kuchni japońskiej. Jeżeli tylko mamy możliwość, warto je jeść ze względu na szereg wartości odżywczych, między innymi witaminę K. Oprócz dostępności może jednak wystąpić inny problem...
Ma ono tak specyficzny smak, że wiele z Was z pewnością by je znienawidziło po pierwszym kęsie.

Ja tak właśnie miałam- przyrzekałam sobie, że nigdy więcej tego obrzydlistwa do ust nie wezmę. Dałam mu jednak drugą szansę, czego nie żałuję, bo dzisiaj jem ze smakiem tego smroda średnio raz na miesiąc.

Swoje natto kupuję tutaj.

Z czym wymieszać ten produkt na dobry początek? Poniżej podaję przykładowy przepis, a właściwie luźny pomysł, z sugestią alternatyw poszczególnych składników.




Składniki na sałatkę obiadową dla 1 osoby

  • 6 dużych liści sałaty rzymskiej
  • 250 g pomidorków koktajlowych
  • 1/2 sporej papryki
  • szalotka
  • 100 g brązowego ryżu
  • 150 g natto
  • tamari
  • pieprz
  • sok z cytryny
  • pestki słonecznika



Sałatę rwiemy, pomidorki kroimy na połówki, paprykę i szalotkę w kostkę. Mieszamy w misce warzywa z ugotowanym ryżem, natto, tamari, pieprzem i sokiem z cytryny. Posypujemy pestkami słonecznika.





Zamiast sałaty rzymskiej można dać dowolną zieleninę- szpinak, jarmuż, rukolę.
Nie rezygnujcie z pomidorów- sok, który puszczają, fajnie miesza się z glutkiem z natto i powstaje sos o fajnej konsystencji. Podobnie się dzieje z tartymi ogórkami kiszonymi, ale na początek lepiej postawić na delikatniejsze warzywa. Natto i tak ma mocny smak.
Ryż można zamienić na kaszę gryczaną- paloną lub nie, również ciekawie się komponuje.
Jeżeli nie chcesz dodawać sosu sojowego, użyj miso- jakieś dodatkowe źródło umami na początek się przyda.
Pestki, orzechy, inne dodatki wedle gustu.

A Ty jak jesz swoje natto?