wtorek, 24 grudnia 2013

Może ktoś jest w desperacji, nie zdążył przygotować niczego słodkiego, potrzebuje czegoś na szybko, na już, a przy okazji ma kilka składników w szafce. Łapcie przepis na piernikowe cupcakes. Pyszne, aromatyczne,  z przecudownym kremem i proste jak drut.





Składniki na około 20 babeczek
Muffiny
  • 2 szklanki mąki pszennej graham
  • szklanka mąki pszennej białej
  • spora szczypta soli
  • szklanka cukru brzozowego
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki przyprawy do piernika
  • 3 łyżki kakao
  • 3 garście orzechów włoskich, pokruszonych
  • tabliczka gorzkiej czekolady- posiekać
  • 1 i 3/4 szklanki mleka sojowego
  • łyżka octu jabłkowego
  • 1/2 szklanki oleju
  • kilka kropli aromatu rumowego
  • łyżka melasy z trzciny cukrowej
Krem orzechowy z daktyli
  • 240g daktyli- namoczyć przez noc lub w gorącej wodzie
  • garść rodzynek- jak wyżej
  • kostka (180g) naturalnego tofu
  • 5 czubatych łyżek masła orzechowego (mało solonego)
  • czubata łyżka przyprawy do piernika
  • łyżka kakao
  • 2-3 łyżki soku z cytryny
  • kandyzowana skórka pomarańczowa na wierzch

Mleko sojowe wymieszać z octem i odstawić, aż się rozwarstwi (10-15 minut). Dodać olej, aromat rumowy i melasę, wymieszać. W drugiej misce połączyć suche składniki. Do mokrych składników wsypać suche i szybko połączyć. Ciasto wlać do silikonowych foremek (do 3/4 wysokości) i piec w 180 stopniach przez 23-25 minut. Wystudzić dokładnie na kratce (aby przyspieszyć ten proces proponuję wynieść je do pomieszczenia z otwartym oknem, po godzinie powinny być zimne).
Zmiksować składniki na krem- tak, aby wyszła gładka pomada. Nałożyć na wystudzone muffinki (można to zrobić zwykłym nożem, jak ja, lub ładniej- szprycą). Nałożyć na wierzch skórkę pomarańczową. Przechowywać w lodówce.
Smacznego!






Co jeszcze znajdzie się na moim roślinnym stole wigilijnym?


Pasztet soczewicowy z żurawiną od Jadłonomii. Brzydszy niż oryginał, ale pyszny jak diabli.


Sałatka jarzynowa z majonezem z nerkowców i prażonymi pestkami. Inspiracja z ostatniej Wegilli.



Sos tatarski na bazie majonezu nerkowcowego- z ogórkami konserwowymi, papryką, konserwową, pieczarkami i patisonami ze słoika, koperkiem, chrzanem. Pyszny! Postaram się go kiedyś powtórzyć i zapisać proporcje.


Tofu ryba po grecku, moja ulubiona. Robiona tak samo, jak rok temu, ale z tofu wędzonym.


Keks, pieczony na podstawie przepisu znalezionego kiedyś w sieci, ostatecznie mocno improwizowany- nie wiem, czy do powtórzenia. Mocno zbity, ciężki od bakalii, słodki, nie suchy- taki, jak lubię. Może kiedyś spróbuję odtworzyć ten efekt.


 Surowy makowiec (tudzież makowy sernik z nerkowców) z polewą i skórką pomarańczową od Readeat. Pyszności, ale musiałam dodać dużo więcej oleju kokosowego, bo masa makowa nie chciała się zestalić (i tak dalej jest miękka, ale przynajmniej będzie dało się to kroić w kawałki). Wolę jednak stosować agar do tego typu ciast.

Nie zabraknie też barszczu z pierogami kapustno-grzybowymi (danie jeszcze w fazie przygotowania) oraz nieudanych śledzi seitanowych w zalewie... ☺

A Wam drodzy życzę wesołych świąt, pysznego roślinnego żarełka, bliskich przy sobie, Mikołaja z workiem etycznych prezentów i... nie umiem składać życzeń... Niech więc pożyczona grafika mnie wyręczy.

Źródło: https://www.facebook.com/gowege?hc_location=stream

czwartek, 5 grudnia 2013

Dawno nie było na blogu niczego słodkiego.
Ostatnio mam ochotę na słodkie na okrągło, ale nie chcę przeginać ze słodzidłami typu ksylitol, syrop z agawy czy- o zgrozo- cukier.
Proponuję Wam dzisiaj mus w bardziej zimowo-świątecznych klimatach.
Jest prosty i szybki w wykonaniu, zdrowy (co nie oznacza niskokaloryczności) i po prostu pyszny!
Awokado jako baza nadaje całości cudownie kremowej konsystencji, karob i daktyle- karmelowego posmaku. Skórka i sok z pomarańczy, cynamon oraz kardamon pobudzają zmysł węchu i wprawiają w dobry nastrój...

Nie musicie być tak egoistyczni jak ja i miksować porcję dla singielki w celach dopełnienia popołudniowego relaksu. Zróbcie go w większej ilości, podajcie gościom na wigilii lub do świątecznej herbaty- jest tego wart! Najlepiej zjeść go tuż po przygotowaniu, ale możecie go też ukręcić przed przyjściem gości i schować go na trochę do lodówki- schłodzony będzie równie pyszny.






Składniki na porcję
  • małe, dojrzałe awokado
  • 9 suszonych daktyli
  • 2 płaskie łyżki karobu
  • skórka otarta z 1/3 małej, sparzonej pomarańczy
  • sok wyciśnięty z jednej małej pomarańczy
  • po szczypcie cynamonu i kardamonu
  • migdały i skórka pomarańczowa do przybrania (jeśli deser nie musi być super surowy- migdały można uprażyć)
Daktyle moczymy przez noc i osączamy.
Miksujemy obrane i pozbawione pestki awokado, daktyle, karob, skórkę pomarańczową, sok z pomarańczy, cynamon i kardamon na gładki krem.
Podajemy od razu (ewentualnie po lekkim schłodzeniu) przybrany skórką pomarańczową i migdałami.
Można też wykorzystać go jako nadzienie do naleśników lub dodatek do pancakes.
Smacznego!





niedziela, 1 grudnia 2013

Twarożek z tofu zna chyba każdy roślinożerca i każdy ma swoją ulubioną wersję. Biorę jednak pod uwagę to, że na bloga wpada sporo osób kompletnie spoza tematu, które szukają inspiracji na coś innego do jedzenia lub zaczynają dopiero swoją przygodę z wegetarianizmem/weganizmem.
Drodzy adepci kuchni roślinnej: łapcie ode mnie przepis na mój ulubiony twarożek z tofu. W smaku jest bliski tradycyjnemu i pozostawiony w wersji podatnej na modyfikacje smakowe poza jednym, jedynym szczegółem- dodatkiem płatków drożdżowych. Jeśli chcecie uzyskać efekt podobny do tradycyjnego twarogu- zrezygnujcie z niego, ale mimo wszystko nalegam, aby zacząć swoją przygodę z tym pysznym dodatkiem do potraw. Dzięki niemu twarożek nabiera oryginalnego charakteru.
Owe płatki najtaniej można dostać na evergreen.pl (10,80zł za 150g).






Składniki
  • kostka tofu 200-250g
  • pół kubeczka naturalnego jogurtu sojowego, czyli ok. 3 łyżki (używam Joyi, ale może być jakiś inny, byle bez cukru)
  • niepełna łyżka soku z cytryny
  • 1/2 malutkiej fioletowej cebulki
  • sól, pieprz
  • ulubione zioła (suszone lub świeże- u mnie prowansalskie; dobrze sprawdzi się koperek, szczypiorek)
  • 1-2 łyżki płatków drożdżowych
Tofu rozgniatamy widelcem. Dodajemy jogurt, sok z cytryny, drobno posiekaną cebulkę, sól, pieprz, zioła i płatki drożdżowe. Gnieciemy razem wszystko jeszcze raz. To już!
Użyłam tym razem "tofu od Wietnamczyków", które jest miękkie i soczyste. Przy zwykłym tofu może być konieczna większa ilość jogurtu. Jeśli dopiero zaczynasz z płatkami drożdżowymi, zacznij od łyżki i sprawdź, czy taki smak ci odpowiada.
Jeżeli nie masz dostępu do jogurtów sojowych- możesz użyć niesłodzonego mleka sojowego w mniejszej ilości. Później jednak może znacznie bardziej oddzielać się płyn. Wtedy też konieczne będzie użycie większej ilości soku z cytryny. Nalegam jednak, aby wystarać się o jogurt sojowy, który nadaje twarożkowi lepszej konsystencji.
Podawaj z pieczywem i surowymi/blanszowanymi warzywami.
Smacznego!







źródło: Galeria Empatii (klinij, aby obejrzeć więcej zdjęć)
W Warszawie ostatnio dużo się dzieje. Tydzień temu, 24 listopada, odbył się marsz z okazji Dnia bez Futra. Było deszczowo, chłodno, ale przez myśl mi nie przeszło, aby zwinąć się wcześniej. Było nas dużo, atmosfera bardzo pozytywna, zdarłam sobie nieco gardło skandując "1-2-3-4, dość tych futer do cholery", dodatkowo ciekawym doświadczeniem było iść środkiem Ronda de Gaulle'a i patrzeć, jak kierowcy się na nas wkurzają. ☺
Mam nadzieję, że w przyszłym roku taki marsz będzie organizowany już jedynie w intencji zakazu sprzedaży futer na terenie Polski, bo doczekamy się wreszcie zamknięcia ferm futrzarskich w kraju.

Niestety nie pomyślałam o tym, żeby wziąć aparat, więc
próbowałam podziałać telefonem komórkowym, wyszło jak wyszło.


Wczoraj w klubie Powiększenie odbyła się Veganmiania, czyli w 100 procentach wegańskie targi połączone z wykładami i projekcją filmu. Na miejscu było tłoczno, ale nie dziwię się- przybyło wielu ciekawych wystawców z całej Polski, sama wydałam dużo więcej niż planowałam. Byli z nami m.in. Wegarnia, Sweet Piggy, Vege, Kuchnia Pana Seitana, Zielony Talerz, Dolce & Vegan, The Missing Bean, Krowarzywa, Otwarte Klatki, Empatia i wiele więcej (po pełną listę lećcie na stronę wydarzenia, niestety niektórzy nie dotarli).


Tłok był niemiłosierny, ale chyba wszyscy bawili się przednio.



Tofex od Krowarzywa- w bułce razowej, z majonezem. Pyszny. Uwielbiam ich burgerki.



Gwóźdź programu- słodkości. Babeczki pieczone przez Magdę Ż. dosłownie zwaliły mnie z nóg- wzięłam 2 cupcakes- śmietankowego z czekoladką i lukrecjowego, bomba. Później jeszcze trafił się tofurnik i karpatka od Zielonego Talerza (również bombowe!).


Organizatorka wydarzenia- Magda z I can't believe it's vegan. Znam blogowego fejma! ♥
Rozmawiałam również z Kasią z bloga Matka Weganka i jej dziecko, którą w moich oczach zdemaskowała Łucja, czyli jej wegańska latorośl, pozdrawiam!


Na stoisku z wegańskimi pluszakami od Entali mój infantylizm przeżywał ciężką próbę, z której ostatecznie wybrnęłam zwycięsko. Może kiedyś sobie sprezentuję od nich jakiegoś buldożka czy sowę (a może ktoś mnie nim obdarzy, nie odmówię!).


Stoisko Otwartych Klatek- można było podpisać petycję, zaopatrzyć się w koszulki, torby, badziki, podpisać petycję lub pocztówkę do władz.

Moje zdobycze:


Badziki, które wzbogacają moją torbę z Panem Tofu: symbol The Vegan Society od Mikołaja, Żrę Trawę, Otwarte Klatki (wygrana na pocieszenie w loterii) i "Szanuj, nie wykorzystuj" od Empatii.


Koszulka od Otwartych Klatek, genialna.


Mleko konopne i goji w surowej czekoladzie od The Missing Bean, tempeh naturalny od Merapi Tempeh, pieczeń "żywiecka" od Kuchni Pana Seitana, ciastka (czekoladowe z chili i piegusek) od Dolce & Vegan, D2 od Sweet Piggy i kubek "Dairy Free Coffee" od Wegarni.


Dziękuję również za ciekawe wykłady i ogółem za świetną organizację całego wydarzenia. Czekam z niecierpliwością na edycję wiosenną!

piątek, 29 listopada 2013

Wiem, obiecałam posta z przepisem, będzie w niedzielę, obiecuję!

W stolicy da się kupować dość tanio i wegańsko. Nie trzeba oczywiście zaraz porywać się na drogie zamienniki mięsa czy mleko migdałowe, choć i takie czasem można kupić w promocyjnej cenie, a dowiedzieć się o takich okazjach można na przykład z grupy na facebooku o nazwie Wegańskie Okazje.

Zazwyczaj zamiast zakupów w sklepach ze "Zdrową żywością" wybieram zwykłe supermarkety, a najczęściej jeżdżę do osławionego Leclerca.
Wśród wszystkich sklepów samoobsługowych jest tam ponoć największy wybór wegańskich produktów. Ze swojej strony nie mogę powiedzieć tego na pewno, bo nie przekopałam wszystkich innych supermarketów, ale jednak faktycznie jest ich dużo- wystarczająco na moje potrzeby a nawet jeszcze więcej.


Dział ze "zdrową żywnością" jest dosyć mocno rozbudowany. Znajdziemy tutaj każde mleko roślinne, jakie dusza zapragnie (w większości nie na studencką kieszeń, ale czasem można zaszaleć), śmietanki roślinne, duży wybór past do chleba, deserków sojowych, kasz i strączków BIO, produktów sojowych typu "tektura" (czyli granulat, kotlety itp.) i wiele, wiele więcej.




Krąży plotka, że mleko sojowe z Biedronki jest najtańszym na rynku. Odkąd jednak zdrożało do 4,99zł za litr ma konkurenta, który kosztuje dokładnie tyle samo, czyli mleko sojowe marki własnej Leclerca (Delisse). Moim zdaniem dużo smaczniejsze, bo nie zatyka słodyczą. Świetnie spisuje się w kawie i porannych zupach "mlecznych", w niewielkich ilościach nada się nawet do zabielenia zupy. W dodatku nie jest dosładzane cukrem, tylko zagęszczonym sokiem z winogron.

Tutaj kupuję też jogurty sojowe. Przede wszystkim powala dość duży wybór jogurtów owocowych. Tanie i smaczne są jogurty marki własnej Leclerca, ale ja osobiście wolę droższe jogurty Sojasun (głównie ze względu na różnorodność smaków). Kupuję rzadko ze względu na to, że traktuję je jak słodycze i tylko wtedy, jak jest na nie promocja (regularna cena to chyba ponad 9zł za czteropak).
Wiem, że na zdjęciu słabo wszystko widać (robione w pośpiechu), ale można też tam dostać jogurty naturalne i truskawkowe Joya. Naturalny kupuję regularnie (2,50zł za kubeczek 150g). Sam w sobie smakuje trochę jak fasolowo-jogurtowa woda, ale świetnie sprawdza się w sałatkach i daniach na ciepło. Użyłam go na przykład do tej sałatki z buraków i winogron.






Ostatnie promocyjne zdobycze- przecenione parówki Polsoi i jogurty figowe Sojasun.
W Leclercu obkupimy się nie tylko w produkty Polsoi (tofu naturalne, wędzone, marynowane, parówki, kiełbaski na grilla, wędliny, pasztety, tortellini), ale też w inne udawacze mięsa (kotleciki z tofu, wędliny i parówki innych marek, których w tym momencie nie pamiętam).

Dodatkowo można zaopatrzyć się w eko wegańską chemię gospodarczą, czyli produkty Froscha.
W niektórych Leclercach bywa margaryna Alsan, ale na Ursynowie jej nie znalazłam.








Fajnie jest nie mieć problemów z kupieniem tofu albo fake meata, jak najdzie ochota. Przyjemnie jest wyskoczyć zjeść coś na mieście i nie mieć w perspektywie jedynie pizzy bez sera. Chyba lubię się z Warszawą. ♥

wtorek, 26 listopada 2013

Na wstępie- wielkie podziękowania dla wydawnictwa Galaktyka, które udostępniło mi dwie książki na potrzeby recenzji- "28 dni do zdrowia" oraz "Ukrytą prawdę" T. Colina Campbella, o której również wkrótce napiszę.


 W oryginale książka nosi tytuł "The Engine 2 Diet". O teksańskich strażakach zapewne słyszał każdy, kto oglądał film "Widelec zamiast noża" lub czytał książkę o tym samym tytule. Wspominał o nich w swojej publikacji również sam Campbell.
Rip Esselstyn to triatlonista, strażak oraz syn dr Caldwella Esselstyna Juniora. Jego program powrotu do zdrowia jest więc oparty na wiedzy naukowej wyniesionej między innymi z domu oraz z publikacji innych naukowców zajmujących się wpływem diety na zdrowie człowieka.
Książka podzielona jest na 3 części: "Dieta teksańskich strażaków" (opowiada historię samego autora, opisuje główne założenia diety teksańskich strażaków, obala powszechne mity na temat zdrowego odżywiania oraz zawiera ćwiczenia, które są integralną częścią całego programu), "Praktyka czyni mistrza" (przydatne wskazówki dot. czytania etykiet, badań, które powinniśmy wykonywać regularnie) oraz "Przepisy i planowanie posiłków" (z mnóstwem rad dotyczących organizacji kuchni). Całość przeplatana jest cytatami uczestników programu Ripa oraz krótkimi informacjami dot. zdrowego odżywiania wziętymi w ramkę, często związanymi z kontekstem całego rozdziału.

Historia autora była w moim odczuciu bardzo wciągająca, motywująca do zmian. Rip też nie był od urodzenia człowiekiem odżywiającym się idealnie, co pozwala identyfikować się z nim przeciętnemu człowiekowi. Informacje dotyczące diety i mitów na temat żywienia są zdecydowanie bardziej rozwinięte niż w książce "Widelec zamiast noża", ale nie przytłoczą nowicjusza nawałem informacji. Dodatkowo Rip w swoim programie uwzględnia możliwość stopniowego odstawiania produktów odzwierzęcych, co może być przydatne dla tych, którzy boją się od razu "iść na całość".

Część ćwiczeniowa była dla mnie lekkim zaskoczeniem, ale oczywiście w pozytywnym sensie- w końcu to również ważny element zdrowego stylu życia! Otwierając książkę mamy przed sobą nie tylko praktyczne porady żywieniowe, ale też zalecenia dot. najbardziej najbardziej korzystnych form aktywności i konkretne ćwiczenia poprawiające wydolność organizmu i siłę mięśni. Niektóre z nich wydają się proste, ale Rip zapewnia, że korzyści z nich odniosą również bardziej zaawansowani, nie będą one też zbyt trudne do wykonania dla osób dopiero co odklejonych od kanapy.

Jeżeli chodzi o rady dotyczące czytania etykiet- są one moim zdaniem bardzo trafne i przestrzegają przed tym, czego większość ludzi faktycznie nie zauważa robiąc zakupy. Bardzo cennym jest zwrócenie uwagi na to, że powinniśmy przede wszystkim patrzeć na procent kalorii pochodzących z tłuszczów, a nie procent tłuszczów w gramach. Założenia diety TS mówią, że nie powinniśmy spożywać produktów, w których więcej niż 25% kalorii pochodzi z tłuszczów (wyjątkiem są orzechy i pestki, które jemy w ograniczonych ilościach).

W części dotyczącej organizacji kuchni i przepisów sporo mnie jednak zaskoczyło w sensie negatywnym. Pomimo potępiania olejów, Rip używa go w prawie każdym przepisie w postaci sprayu. Wiem, że w ten sposób używa się go znacznie mniej, ale jednak bardziej sensownie byłoby skomponować przepisy, które w ogóle tego nie potrzebują. Przepisy obfitują w produkty mączne i wysoko przetworzone zamienniki mięsa (parówki, granulaty, gotowe burgery warzywne) i inne gotowce (takie jak sosy do makaronu). Halo, gdzie się podziały postulaty o wprowadzenie "niskoprzetworzonej diety roślinnej"? Są znacznie lepsze źródła węglowodanów złożonych, takie jak kasze i ryż, ale fakt- w Ameryce zwłaszcza te pierwsze nie są zbyt popularne, co uważam za duży błąd. Przepisy obfitują jednak w rozmaite warzywa i owoce, a olejów i cukrów w nich naprawdę niewiele- to trzeba przyznać.
Z mojego punktu widzenia większość przepisów jest skrajnie prosta i oczywista (np.  pomysły na płatki na śniadanie, kanapki z pastą i warzywami, sałatki owocowe), ale mogą być one przydatne dla osób nie mających pojęcia o kuchni roślinnej ani o kuchni jako takiej. 
Niektóre propozycje jednak zwróciły moją uwagę jako osoby siedzącej od jakiegoś czasu w temacie.

 Książka zawiera wiele pomysłów na ciekawe burgery, wiele dań ze słodkich ziemniaków (wiem, że u nas są drogie i trzeba je sprowadzać z daleka, ale polecam spróbować!), ciekawe propozycje dań z makaronu oraz przyrządzanych metodą stir-fry, która jest mi jak na razie obca ze względu na brak woka (mam zamiar go jak najszybciej zakupić po przeczytaniu tej książki!). Wiele jest przepisów kuchni tex-mex, która w stronach Ripa wiedzie prym. Dużo tortilli kukurydzianych, ostrych przypraw, kolorowych warzyw, fasoli... Opisy niektórych burritos czy fajitas naprawdę zachęcają do eksperymentów! Bardzo ciekawią mnie też przepisy na beztłuszczowe dressingi (np. z dodatkiem płatków drożdżowych czy hummusu) oraz pasty (masło jarmużowe, domowa salsa "jak ze słoika"- pragnę ich!). Zaskoczeniem były też desery, które jednak pozwalają na nieco rozpusty (autor dopuszcza użytek cukru trzcinowego czy białej mąki, które ja oczywiście zamieniłabym na ksylitol i mąkę pełnoziarnistą), ale są naprawdę bezolejowe!

Ogółem- publikacja ciekawa i warta uwagi. Myślę, że z powodzeniem można ją podarować komuś, kto ma mnóstwo problemów zdrowotnych, a wciąż nie dopuszcza do siebie faktu, że to dieta może być ich główną przyczyną. Osobiście czuję się zmotywowana do wprowadzenia większej ilości ćwiczeń w swoim grafiku i rzadszego smażenia (ale nie wyrzucę go całkiem, falafel czy pakora raz na dwa tygodnie mnie nie zabiją).
Aby dowiedzieć się więcej o teksańskich strażakach zapraszam na stronę Engine 2 Diet.





Jeszcze w tym tygodniu obiecuję post typowo jedzeniowy i krótką relację z ostatnich wegańskich wydarzeń w stolicy. ☺

środa, 6 listopada 2013

Mam straszną jazdę na dwa typy dań- zupy i gulasze. Na bazie sezonowych warzyw, rozgrzewające, aromatyczne i takie, które można ugotować w większej ilości- po kilku dniach nabierają głębszego smaku i lepszej konsystencji.
Poniższa propozycja nie jest wyjątkiem. W dodatku jest świetną potrawą do przygotowania w studenckich warunkach. Dlaczego? Po pierwsze- cena. Sezonowe warzywa są teraz naprawdę niedrogie, zwłaszcza na straganach. Po drugie- oszczędność czasu. Gulasz da się naprawdę szybko przygotować, jeśli umie się sprawnie kroić warzywa. Nawet jeśli zabierze się za to niewprawny kucharz (ja wciąż robię to nieco koślawo), to i tak oszczędzamy czas, bo przez najbliższe 2-3 dni nie trzeba nic gotować.

Przyznaję się bez bicia- inspiracją dla dodania jabłek z majerankiem był mój przysmak z dzieciństwa, czyli kaczka z jabłkami. Dzisiaj odkrywam, że samo jabłko na ciepło w daniach wytrawnych daje satysfakcję kubkom smakowym na tym samym (większym?) poziomie. ☺






Składniki na ok. 3 porcje
  • ok. 90-100g kostki sojowej (dobrej jakości, jędrnej po namoczeniu) + 1 i 1/2 szklanki bulionu warzywnego i kilka kropli ciemnego sosu sojowego do namoczenia
  • 3 łyżeczki kminku
  • 3/4 sporej cebuli
  • 1 i 1/2 ząbka czosnku
  • 6 sporych różyczek brokuła
  • 1 i 1/2 szklanka miąższu dyni pokrojonego w kostkę
  • po ok. 1/2 sporej papryki zielonej, czerwonej i żółtej
  • 2 średnie jabłka (słodko-kwaśne lub słodkie)
  • pół łyżki octu jabłkowego
  • pieprz, słodka papryka mielona (najlepiej wędzona), ostra papryka, pieprz ziołowy- hojnie
  • majeranek- ja lubię dodawać niewiele, dla mnie jego aromat jest dość intensywny
  • ok. 1 i 1/2 szklanki bulionu warzywnego do podlewania
Kostkę sojową moczymy w gorącym bulionie z sosem sojowym przez czas wskazany na opakowaniu. Na patelni podgrzewamy odrobinkę wody, wrzucamy kminek, posiekaną cebulkę i czosnek. Zamiast duszenia w płynie można po prostu podgrzać na patelni 2 łyżeczki oleju lub więcej. Gdy cebulka zmięknie dodajemy różyczki brokuła podzielone na mniejsze części. Podlewamy odrobiną gorącego bulionu. Czynność powtarzamy, ilekroć płyn odparuje w znacznym stopniu. Po ok. 5-6 minutach duszenia na małym ogniu dodajemy pokrojoną w paseczki paprykę, dynię, po chwili też obrane i pokrojone w kostkę jabłka i ocet. Doprawiamy pieprzem, papryką mieloną słodką i ostrą, pieprzem ziołowym, majerankiem. Po paru minutach dorzucamy osączoną kostkę sojową. Dusimy, aż warzywa i jabłka zmiękną, a sos zgęstnieje.
Podajemy z ryżem brązowym lub ulubioną kaszą, ewentualnie z pieczywem.
Smacznego!





piątek, 25 października 2013

Warszawa to prawdziwy raj dla weganina- przynajmniej ja mam takie wrażenie, rzuciwszy się w wir zakupów i rajdów po knajpach tuż po przeprowadzce. Okazało się, że w niecały miesiąc zaliczyłam więcej miejsc, niż niejeden Warszawiak. ☺

W zeszłą sobotę spotkałam się z kilkoma wegańskimi i wegetariańskimi blogerkami w knajpce, która otwiera się w ten weekend na Hożej- W Gruncie Rzeczy. Tutaj zaczną się zdjęcia haniebnej jakości (robiłam je niestety telefonem), za co jest mi solennie wstyd. Tak czy inaczej, pewne rzeczy musiały zostać uwiecznione.






Wnętrze jest urządzone bardzo stylowo- kolory są raczej jasne, przeważają szarości i biele, które ożywiają detale w ciepłych kolorach. Przemiłe właścicielki na lokal wybrały sobie piwnicę, co tym bardziej zaskakuje, że udało się wydobyć z niej taki potencjał. Jest przytulnie, miło, ale ale- najważniejsze jest oczywiście jedzenie, które z całego serca polecam! Dziewczyny stawiają na to, żeby menu nie było zbyt rozległe, ale za to ma być świeżo i lokalnie. Jak trafnie to ujęły, hummusów i falafeli jest w Warszawie wystarczająco duży wybór i przydałaby się jakaś odmiana.








To teraz konkrety- co jadłam?
1. Pasty do chleba- grochowa (pyszna, ale trochę za sucha), soczewicowa z kolendrą (genialna), paprykarz z kaszą jaglaną (najlepszy na świecie!).
2. Sojanez z mleka sojowego- dziewczyny trochę narzekały, że można było go bardziej dokwasić i dodać więcej musztardy, ale dla mnie był idealny. Miał przepyszną, kremową konsystencję. Chciałabym umieć sama taki zrobić.
3. Pieczony pasztet z kaszy jaglanej- pyszny, ale moja mama w dalszym ciągu jest dla mnie niekwestionowaną mistrzynią bazjajowych pasztetów- pozdrawiam cię mamo!
4. Buraczane burgery- bardzo dobrze doprawione, ale ciut za suche.
5. Na szczęście w towarzystwie pysznej karmelizowanej w occie cebuli nie było tego czuć.
6. Sałatka z kaszy jaglanej z dodatkiem warzyw, na to sos z octu balsamicznego- byłam nią lekko rozczarowana. Za sucha, za mało charakterna.
7. Surowy makaron z cukinii z zielonym pesto- dla mnie mistrzowski. Dziewczyny chciały go dosalać, ja nie musiałam.
8. Zupa-krem z dyni z mlekiem kokosowym na ostro- oj, bardzo ostro! Ja na szczęście bardzo lubię takie smaki, ale koleżanki zatkało. Pyszna, aksamitna, me gusta.
9. Ciasto marchewkowe- bardzo smaczne, ale chyba wolę to od Marty.
10. Kuleczki daktylowe- pyszota, slodkie, delikatne- nic dodać nic ująć.

Dziwicie się pewnie, że nie pękłam po takiej ilości jedzenia? Starałam się jeść wszystko w miniaturowych porcjach, ale i tak ledwo zmieściłam się w drzwiach. ☺ Tak mi smakowało, że wyniosłam pasty do chleba (drogie właścicielki, obiecuję niedługo zwrócić pudełeczko!).

Bardzo się cieszę, że poznałam mega pozytywne osoby! Nie mogę się doczekać na następne spotkania.

A was zapraszam na otwarcie knajpki w sobotę o 17, Hoża 62 w Warszawie (niestety jednak się tam nie pojawię).





Na zakończenie pochwalę się, jakie knajpki jeszcze zaliczyłam. Postaram się o nich sukcesywnie pisać. Obiecuję też jakiś tradycyjny post z przepisem w przyszłym tygodniu.
Tu jadłam:
-Loving Hut
-Au Lac
-Tygrys
-Tel Aviv
-Kuchnia Kopernika
-Krowarzywa
-Govinda Veg
-W Gruncie Rzeczy (oczywiście)

-... i pewnie będzie jeszcze więcej, ale na razie chcę się skupić na tych, aby móc coś konstruktywnego o nich napisać. Jak dotąd najwięcej razy byłam w Au Lacu, Tygrysie i Krówce, o nich więc pewnie napiszę najprędzej (zapewne w jakimś zbiorczym poście).

Mogę też z góry zapowiedzieć recenzje ciekawych książek w nieco bardziej odległej przyszłości. Myślę też nad jakimś wpisem dotyczącym wegańskich zakupów w stolicy.

Tymczasem lecę czytać o kościołach wczesnochrześcijańskich i jarać się zakupem karnetu do Akademii Asan.



środa, 9 października 2013

Przeprowadzka, organizacja zakupów, środków czystości, dojazdów i zajęć. Szalony czas, który ma się już bliżej końca niż początku, bo zaczynam wreszcie wszystko ogarniać w nowym miejscu. Dojazd na uczelnię wszedł w nawyk, tak samo jak zmywanie zaraz po gotowaniu, aby nie zawalać innym miejsca w malutkiej kuchni.
Mam to szczęście, że moi współlokatorzy nie są entuzjastami gotowania- grzeją sobie gotowce w mikrofali albo wrzucają na patelnię mrożone warzywa, więc przez większość dnia spokojnie mogę korzystać z kuchni- nawet jeśli najdzie mnie na obiad na kotlety z fasoli czy jakąś bardziej wymyślną, wieloskładnikową zupę, wymagającą dłuższego przygotowania.
Na razie wciąż mam czas przygotowywać sobie złożone posiłki, mam nadzieję wypracować metody bardzo szybkiego gotowania, jak tylko na głowę zwali mi się więcej nauki (nie, nie mam zamiaru czekać z robotą do ostatniego tygodnia przed sesją ☺).

Na uczelni spędzam czasem nawet cały dzień, wypadałoby się więc posilić czymś więcej niż tylko kanapkami i jabłkiem. W pobliżu UW jest kilka miejsc, do których mogę wyskoczyć na dłuższej przerwie między wykładami, ale postanowiłam nie pozwalać sobie na to zbyt często ze względu na koszta. Wtedy sałatki zabrane ze sobą ratują mi życie.

Jakiś czas temu bez przekonania połączyłam ze sobą buraki z winogronami- i to był strzał w dziesiątkę. Jedząc ją na uczelni nie mogłam się nadziwić, jak świetnie te dwie roślinki się ze sobą komponują. Sałatkę można przygotować naprawdę szybko- wystarczy dzień wcześniej ugotować buraki. Indżoj!






Składniki na porcję
  • 5-6 małych buraczków (ugotowanych na parze/w wodzie w łupinach i obranych)
  • 2 garści winogron (najlepiej białych, bezpestkowych, ale czerwone też pasują)
  • 1/2 dojrzałego awokado
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • garść pokruszonych orzechów włoskich
  • garść ulubionych kiełków (u mnie brokuła, ale świetnie będą też pasować lucerny czy rzodkiewki)
  • 3 łyżki naturalnego jogurtu sojowego (u mnie Joya- o jogurtach szerzej napiszę w poście o wegańskich zakupach)
  • 2 łyżeczki musztardy francuskiej
  • tabasco, sok z cytryny- w dość obfitej ilości, aby przełamać słodycz buraków i winogron
  • kilka kropli sosu sojowego (bg- tamari)
Buraczki kroimy na połówki, a potem na grube plastry. Winogrona kroimy na połówki (jeśli są z pestkami, to można je wydłubać). Avocado- kroimy w kostkę. Mieszamy w misce buraki, winogrona, avocado, pietruszkę, orzechy i kiełki, dodajemy resztę składników i ponownie mieszamy. Gotowe!
Aby sałatka była bardziej sycąca, możemy dodać kaszę jaglaną lub tofu naturalne/marynowane/wędzone (po czasie przejmie smak składników sałatki).
Smacznego!





czwartek, 19 września 2013

Dynia to moje ulubione jesienne warzywo. Doskonale odnajduje się w słonych daniach różnych kuchni oraz w słodkich propozycjach na tę deszczową porę roku.
Też uwielbiacie ją pieczoną? A w zapiekankach?
Zapiekanka z dynią to chyba jeden z najbardziej klasycznych  jesiennych obiadów, zaraz za zupą z dyni. Tak samo jak w przypadku zupy, sposobów na zapiekankę z dyńki jest multum. Ja znalazłam dziś jedną z moich ulubionych.

W roli głównej- dynia opieczona w grubych plastrach. W środku soczysta, chrupiąca z wierzchu. Do tego ulubiony makaron, soczewica, sos ze świeżych pomidorów. Zwieńczeniem jest dyniowy sos a'la beszamelowy. Przełamuje on śródziemnomorski charakter dania dzięki korzennym przyprawom.

Ktoś się skusi? To do dzieła!






Składniki na sporą porcję obiadową

  • szklanka ulubionego makaronu (u mnie żytnie świderki- radzę wybierać raczej drobny makaron)
  • 3 łyżki dowolnej soczewicy- u mnie naturalna czerwona
  • 6 średniej grubości, podłużnych plastrów dyni, odrobina oleju do posmarowania, sól i pieprz
  • sos pomidorowy: mała fioletowa cebulka, 2 średnie pomidory, ząbek czosnku, sól, pieprz, zioła prowansalskie
  • sos beszamelowy: 2 szklanki pokrojonego w kostkę miąższu dyni, odrobina oleju do pieczenia dyni, 3-4 łyżki gęstej śmietany roślinnej (może być np. oddzielona z mleka kokosowego), 1-2 łyżeczki skrobi kukurydzianej, sól, pieprz, po porządnej szczypcie gałki, imbiru, cynamonu, kardamonu, łyżeczka płatków drożdżowych, odrobina wody
  • pestki dyni lub słonecznika do posypania

Najlepiej zacząć od sosu pomidorowego. Siekamy drobno cebulkę i dusimy do miękkości w niewielkiej ilości płynu. Dodajemy pokrojone w kostkę pomidory. Dusimy tak długo, aż pomidory zmienią się w papkę, a większość płynu odparuje. Pod koniec duszenia doprawiamy sprasowanym czosnkiem, solą, pieprzem i ziołami. Duszenie może trwać od 30 do 50 minut, zależy od zawartości soku w pomidorach.
Soczewicę płuczemy i gotujemy wg instrukcji. Makaron gotujemy al dente. Mieszamy w misce ugotowaną soczewicę z makaronem.

Plastry dyni obieramy ze skóry, pozbawiamy nasion i kroimy w poprzek na połówki. Kładziemy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, smarujemy odrobiną oleju, posypujemy solą i pieprzem. Pieczemy ok. 40 minut. w 190 stopniach. Po 10 minutach na blachę wrzucamy pokrojoną w kostkę dynię na sos beszamelowy. Wcześniej należy wymieszać je z kilkoma kroplami oleju.
Plastry dyni najlepiej jest odwrócić w połowie pieczenia.
Blenderem miksujemy na gładką masę wszystkie składniki na sos. Wodę dodajemy, jeśli konsystencja okaże się za gęsta. Radzę dodać sporo pieprzu, aby beszamel nie wyszedł mdły.
Małe naczynie do zapiekania smarujemy olejem. Kolejno układamy: 1/2 sosu pomidorowego, 1/2 makaronu z soczewicą, plastry dyni, resztę sosu, resztę makaronu z soczewicą. Wierzch pokrywamy równomiernie dyniowym beszamelem. Sypiemy pestkami dyni lub słonecznika i pieczemy w 190-200 stopniach przez ok. 25 minut.
Jemy od razu.
Smacznego!





czwartek, 12 września 2013

Może i za zimno na surowiznę. Kiedy to piszę, za oknem leje równo.
Niektórzy jednak lubią tak jeść, dopóki jest jeszcze sporo świeżych warzyw na targach. Cukinie i pomidory wciąż są przepyszne i grzechem byłoby tego nie wykorzystać.
Surowy makaron z cukinii wydaje mi się być sztandarowym daniem kuchni raw, chociaż może po prostu niezbyt się na niej znam (tak jak niektórzy sądzą, że sztandarowym daniem wegańskim są kotlety sojowe).
Tak czy inaczej, danie mnie olśniło swoją lekkością, świeżością i intensywnością smaku.
Przepis inspirowany tym z Vegan Yack Attack.






Składniki na porcję
  • 1 mała cukinia lub pół większej
  • 1 spory pomidor, pozbawiony wodnistego środka z pestkami
  • 6 suszonych na słońcu pomidorów (nie z zalewy!)
  • garstka nerkowców
  • 1/2 sporego ząbka czosnku
  • sól, pieprz
  • ulubione świeże zioła, najlepiej garść listków bazylii
Suszone pomidory i nerkowce moczymy przez noc.
Cukinię zamieniamy w makaron- najprościej jest zrobić szersze tagliatelle za pomocą dobrej obieraczki. Można też się bardziej postarać i zrobić za jej pomocą cienkie niteczki spaghetti. Układamy "makaron" równomiernie pomiędzy warstwami papierowych ręczników, aby pozbyć się nadmiaru wydzielanego soku.
W rozdrabniaczu miksujemy na gładki, kremowy sos pomidora bez pestek, suszone pomidory, nerkowce, posiekany czosnek i przyprawy.
Zdejmujemy nitki cukinii z papieru, układamy na talerzu i polewamy sosem. Zjadamy od razu.
Smacznego!


A co będzie dalej?
Nie wiem jak potoczą się losy bloga. Czy przetrwa próbę studiów?
Sytuacja nie przedstawia się ciekawie. Jak wiecie, wyjeżdżam do Warszawy. Właśnie zaklepałam sobie malutki, klaustrofobiczny pokoik w mieszkaniu studenckim. Będę mieszkać z czterema lub nawet pięcioma innymi osobami. Dla wszystkich jedna, maleńka kuchnia. Do tego studencki budżet i zamotanie w formalnościach, latanie na zajęcia i inne studenckie sprawy. Naprawdę nie wyobrażam sobie siebie tam, latającą z lustrzanką i szukającej odpowiedniego światła, podczas gdy inni chcą się dostać do kuchni. Może czasem zdarzy się okazja, aby sfotografować jakąś prostą pastę do chleba czy inne danie typowo studenckie, ale jednak warte pokazania tutaj. Będę też wracać czasem do domu, ale nie mogę obiecać, że każdorazowo wyprodukuję coś oryginalnego.
Na pewno nie mam zamiaru odejść stąd całkowicie. Po prostu nie będę mogła prowadzić bloga regularnie.
Wyprowadzam się za niecałe 2 tygodnie, chcę ten czas wykorzystać również kulinarnie- upiec jakieś ciasto, domową pitę i do tego falafele (falafle?), jakieś pierogi, jakiś bigos, coś zawekować. Tak, zostanę warszawskim słoikiem. ☺
Smutno mi trochę z tego powodu, ale coś za coś. Cieszę się za to, że będę bliżej różnych wegańskich wydarzeń i nie tylko.