wtorek, 12 lutego 2013

Zacznę od rzeczy przyjemniejszej, czyli puddingu.
Z pewnością wiele z was zna amarantus w postaci poppingu. Zwykłe ziarenka są jednak bez porównania lepsze. Można z nich wyczarować wiele pyszności, na przykład taki pudding.
Nie jest skomplikowany ani czasochłonny w wykonaniu, dodatkowo rano wystarczy go wyjąć z lodówki i obłożyć dodatkami.
Amarantus jest produktem spoza kraju (chociaż podobno są jakieś polskie odmiany- w sklepach raczej rzadko spotykane) i drogim, dlatego jadam go sporadycznie, warto jednak czasem urozmaicić nim dietę. O jego zaletach można poczytać np. tutaj.






Składniki na porcję
  • 1/3 szklanki ziarenek amarantusa
  • szklanka mleka orzechowego (może być inne, ale takie zdecydowanie podnosi smak)
  • 1/2 laski wanilii
  • łyżka maku
  • kilka kropli syropu z agawy
  • 2/3 łyżeczki agaru
  • dowolne dodatki
Amarantus umieszczamy w rondelku, zalewamy mlekiem, dodajemy ziarna wydłubane z wanilii, pustą laskę, mak. Zagotowujemy, skręcamy gaz i gotujemy mieszając jakieś 15-20 minut (aż amarantus nieco zmięknie i wchłonie trochę mleka- pozostanie jednak jędrny). Dodajemy syrop z agawy i powoli wsypujemy agar, cały czas mieszając, aby nie powstały kluski. Gotujemy, aż całość zgęstnieje. Przekładamy do foremki lub foremek (najlepiej silikonowych). Po ostygnięciu wstawiamy na noc do lodówki pod przykryciem. Rano zjadamy z ulubionymi dodatkami.
Smacznego!








 Opowiem teraz o moim błędzie. Błędzie, który ukazał, jak wiele jeszcze mam wad, które muszę zwalczać.
Od zawsze marzyłam o tatuażu. Podobały mi się już w podstawówce (ku niezadowoleniu moich rodziców). Dorastałam, a marzenie o wytatuowanym ciele mnie nie opuszczało. W końcu postanowiłam, że jak skończę 18 lat i będę mieć środki- zrobię sobie pierwszy tatuaż.
Jakże więc mogłam nie ulec pokusie, kiedy na święta dostałam 400zł od dziadków i miałam łatwiejszy niż kiedykolwiek dostęp do większego miasta?
Decyzja o zrobieniu pierwszego tatuażu była podjęta przeze mnie ładnych parę miesięcy przed przejściem na weganizm i ogólnym przewrotem światopoglądowym. Sam tatuaż zrobiłam na początku stycznia tego roku. Miałam więc już ponad półroczny wegański staż.
Dlaczego więc nie przyszło mi wcześniej do głowy: "nie tak szybko, mogą tam używać niewegańskich kosmetyków"?
Wydaje mi się, że z jednego prostego powodu: zaślepiła mnie moja próżność, jakkolwiek ciężko by to nie zabrzmiało.
Po takim czasie oczywistym jest, że powinnam sprawdzić, czy studio jest OK pod względem etycznym.
Dopiero gdy byłam już w studio i rozpoczęła się procedura, pomyślałam, że to wszystko, czym jestem "mazana", prawie na pewno nie zgadza się z moimi przekonaniami.
Ale jest coś więcej.
Nawet tusze używane do tatuowania mogą być odzwierzęce. To już był dla mnie szok, gdy po wszystkim zaczęłam szukać informacji na temat tatuowania.
Stąd właśnie wzięło się to postanowienie. To był impuls, żebym bardziej się pilnowała.
Niezależnie od tego co do mnie dotarło, co wprowadzam dzięki temu w życie- wciąż popełniam błędy. I to nie tylko przez przypadek, ale też z lenistwa, pazerności, które we mnie tkwią.
Etap użalania się nad sobą z tego powodu już przeszłam i jest on zakończony. Teraz miałam odwagę Wam o tym opowiedzieć i przestrzec- nie pozbędziemy się z dnia na dzień wszystkich dawnych zapędów, nawet jeżeli wiemy, że są złe.
Jednak grunt to przeć do przodu, nie dać się przezwyciężyć temu, co wykształciło w nas konsumpcyjne społeczeństwo.
Niech więc ten tatuaż przypomina mi o tym, że zawsze muszę pamiętać o drugiej stronie medalu.




Jakich informacji się doszukałam?
Po pierwsze i najważniejsze- da się zrobić w Polsce wegański tatuaż. Ulga! Moja wydziarana przyszłość wciąż więc jest realna.
Kosmetyki, wiadomo- kwestia testowania na zwierzętach i odzwierzęcych składników.
Ale niewegańskie tusze to masakra. Może być w nich szelak, zwierzęca gliceryna, nawet zwęglone kości.
Dokładniejsze informacje: klik, klik.
Na stronie The Vegan Society są podane konkretne marki tuszów, nie wiem jednak, czy dostępne są w Polsce. To samo ze specyfikami potrzebnymi do tatuowania.
Najlepiej więc słać maile do studio tatuażu, które Was interesuje. Jeżeli pracują tam profesjonaliści- będą wiedzieli, czego używają, z czego to się składa.
Na razie podpytałam mailowo o kilka miejsc w Warszawie, zamierzam bowiem związać z tym miastem moją studencką przyszłość. Wegański tatuaż można sobie zrobić w:
Wysłałam więcej maili, ale tylko tyle dostałam odpowiedzi. Milczenie czasem potrafi być niezwykle wymowne.
Na blogu I can't believe it's vegan spotkałam się też ze wzmianką o studio Bloody Tears.
Z tych wyszukanych przeze mnie Art Force chyba byłoby najpewniejsze, ponieważ jeden z tatuatorów jest weganinem, więc na pewno dba o te sprawy.
Jeżeli nie ufacie jednak mailowym zapewnieniom, pytajcie o konkretne marki tuszów i kosmetyków używanych w studio. Można samodzielnie sprawdzić skład, ale to prawdziwa gehenna- nie chodzi tylko o niezrozumiałe nazwy składników, czasem nawet nie można doszukać się samego składu.
Jeżeli już dowiecie się, że jakieś studio używa kosmetyków i tuszów zgodnych z Waszymi poglądami, warto i tak jeszcze zaznaczyć przy wizycie, że tatuaż ma być wegański- czasem może być tak, że nie wszystkie kolory tuszów są w stu procentach roślinne.
Pozostaje jeszcze jeden problem- aftercare.
Zazwyczaj kremy polecane przez tatuatorów zawierają mnóstwo lanoliny i innych niefajnych składników. Niektórzy polecają zwykłą wazelinę, jednak czytałam też, że zatyka pory i nie pomaga wystarczająco w gojeniu. Zapytałam więc o jakieś konkretne marki na forum i jest- krem do pielęgnacji gojącego się tatuażu- Easy Tattoo.
W wymienionych przeze mnie studiach można go od razu kupić, nie wadzi też zamówić przez internet.
Potem tylko trzeba pamiętać o kremie z wysokim filtrem, jeżeli będziemy wystawiać tatuaż na słońce. Znacie jakieś dobre? Ja wciąż nie mogę żadnego znaleźć, a zależy mi na tym, żeby filtr był wysoki, co najmniej 50.

A jakie są wasze doświadczenia z wegańskim tatuowaniem?
Fajnie by było stworzyć jakąś bazę miejsc w Polsce, w których da się zrobić sobie tatuaż i nie mieć wyrzutów sumienia będąc weganinem.
Piszcie! Może stworzymy razem mały katalog?


Weganimy ZDROWO!

czwartek, 7 lutego 2013

Kiedy czytałam u Magdy o wegańskich pączkach, o tym jakie to fajne uczucie odtwarzać w kuchni przepisy, których dziś się często nie używa ze względu na tempo życia- jak każda pilna uczennica przed próbną maturą poszłam do kuchni smażyć pączki.

Tak, chcę ograniczyć płynne oleje, zwłaszcza przy smażeniu. Tak, chcę wyrzucić cukier z jadłospisu na tyle, na ile się da.
Ale nie mogłam przejść obojętnie obok takiej inspiracji.
Dodatkowo, przyznam się bez bicia- zależało mi na tym, żeby zrobić przyjemność P.







Skorzystałam, jak Magda, z tego przepisu.
Bałam się okropnie, że coś pójdzie nie tak, przede wszystkim- że się niedosmażą w środku i będą surowe, ale nie- wszystko poszło pięknie. Tylko za bardzo się przejęłam, że P. lubi jak jest dużo marmolady w środku. Nie wysypałam dobrze stolnicy mąką, wyrastające pączki trochę podciekały i się przyklejały, w konsekwencji rwały, ale to nic- wystarczyło lekko palcami na powrót skleić i wrzucić normalnie do oleju- błyskawicznie rosły i nic nie zdążyło nawet wylecieć.
Jeśli mogę coś doradzić komuś, kto jeszcze tego nigdy nie robił- olej nie może być bardzo mocno rozgrzany. Powinny smażyć się powolutku, po parę minut z każdej strony, ale jak wrzucicie takiego pączka do tłuszczu- muszą być bąbelki. ☺ Warto wrzucić na początek testowy kawałek ciasta, aby sprawdzić, czy olej jest dostatecznie nagrzany.







Do środka dałam tescową marmoladę (z jabłek, aroni, róży- bombowa!), wierzch polałam lukrem cytrynowym (sporo cukru pudru, tak z 300-400g, sok z jednej cytryny, odrobina gorącej wody) i posypałam rodzynkami i płatkami migdałowymi.
Ciasto z przepisu jest mało słodkie, ale gdyby było słodsze- nie przełknęlibyście takiego pączka ze słodką marmoladą i lukrem na dokładkę.






Chociaż raz chciałam zobaczyć, jak się robi takie pączki. Od dawna nie obchodziłam tłustego czwartku, ale nigdy nie wpadło mi do głowy, że pączki robione samodzielnie będą dużo lepsze od tych cukiernianych. Na świeżym oleju (nie smalcu), bez jajek czy masła, mleka, sztucznych spulchniaczy i innych dziwnych dodatków.
Na pewno jeszcze kiedyś zrobię pieczone, znalazłam już kilka przepisów, które mi się podobają.
Może wrócę do nich za rok, a może nie. Jeżeli okażą się hitem- chyba nie będę miała serca odmówić ich domownikom (chociaż wtedy to już będzie raczej tłusty weekend, bo w mieście rodzinnym mnie nie będzie).

A wy? Robicie wegańskie pączuchy?
Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 3 lutego 2013

O tatuażach w jeszcze następnym (mam nadzieję) poście, hot-dogami chciałam Was poczęstować na pocieszkę z okazji końca ferii (moich, nie wiem jak w innych województwach).

Hot-dogi owszem, były już. Wydawały mi się idealne, ale z czasem stałam się bardziej krytyczna. Uznałam, że są za suche i o zbyt monotonnym smaku.
Suchawe ciasto drożdżowe wymieniłam więc na pizzowe (które zawsze jest lekkie, delikatne) i włożyłam do środka coś więcej niż parówkę sojową i pomidorową pomadę.
 Teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć- smakują idealnie, chociaż przez elastyczność ciasta są na pewno trudniejsze w wykonaniu (ale nie awykonalne). Warto się pomęczyć przy ich zwijaniu, aromaty dochodzące z piekarnika i soczystość takiego hot-doga w środku wynagrodzą Wam trudy. ☺






 Składniki na 2 porcje
Ciasto
  • 1/2 szklanki jasnej mąki orkiszowej
  • 1/2 szklanki mąki orkiszowej typ 1850
  • sól
  • ok. 10g świeżych drożdży
  • łyżka oliwy
  • ok. 1/4-1/3 szklanki ciepłej wody
Wypełnienie
  • 2 parówki sojowe
  • baza pomidorowa: 2 łyżki passaty, 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego, sól, pieprz, suszone zioła, łyżeczka oliwy
  • po 3-4 małe paseczki papryki na hot-doga
  • po 3-4 piórka fioletowej cebulki na hot-doga
  • po 3-4 plasterki pieczarki na hot-doga
Z podanych składników wyrabiamy maszynowo ciasto: rozpuszczamy w wodzie drożdże, dodajemy mąki, sól, oliwę i zaczynamy wyrabiać mikserem. W razie potrzeby dolewamy wody lub dosypujemy mąki, aby uzyskać dość elastyczną i luźną konsystencję (ale nie tak luźną, jak w tradycyjnym cieście na pizzę prezentowanym na blogu wcześniej).
Odstawiamy ciasto na 20-30 minut do wyrośnięcia (pod ściereczką, w ciepłym miejscu).
Wyrośnięte ciasto dzielimy na dwie porcje, które wykładamy na blachę wyłożoną papierem i wysypaną dość obficie mąką. Ciasto rozpłaszczamy na równej wielkości placki. Smarujemy bazą pomidorową (pomijając brzegi), układamy parówki i warzywa pośrodku. Teraz najtrudniejsze: przy pomocy oprószonych mąką rąk i łyżki zwijamy hot dogi z jednej i drugiej strony, aby farsz był dość dokładnie zakryty ciastem. Nie ma co się denerwować, wystarczy być delikatnym(ą) i w razie przyklejenia się ciasta do podłoża pomóc sobie łyżką. Formujemy w miarę kształtne hot-dogi. 
Wstawiamy blachę do zimnego piekarnika. Zastawiamy temperaturę na 190 stopni. Po 15 minutach zwiększamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy jeszcze 5 minut.
Podajemy od razu (na zimno lub odgrzewane już nie są tak smaczne) w towarzystwie surówki i ketchupu lub musztardy (wolę musztardę, ale mi wyszła).
Smacznego!      




   

piątek, 1 lutego 2013

To zdecydowanie konkretna, sycąca, obiadowa sałatka. Wszystkie jej elementy są niezwykle smaczne osobno, a razem- prawdziwa bomba smaku i aromatu. Z drugiej strony nie jest też przesadnie skomplikowana. Większość składników zapewne każdy miłośnik warzyw (i tofu) ma w domu.

Jak mi idzie moja edukacja w zakresie weganizmu?
Na razie słabo. A przynajmniej słabiej, niż bym chciała.
Zbieram informacje o wegańskim tatuowaniu i mam nadzieję przy okazji wrzucania kolejnego przepisu coś o tym skrobnąć.

Dokańczam resztki cukru trzcinowego i zbieram na ksylitol. Nauczę też się słodzić wypieki suszonymi owocami rozgotowanymi na papkę- wtedy mam nadzieję uniezależnić się od konwencjonalnego cukru. Muszę jednak wziąć poprawkę na to, że całkiem go nie wyeliminuję. Nie zawsze da się kupić roślinne mleko bez cukru, o musztardzie, gorzkiej czekoladzie czy suszonej żurawinie nie wspominając. Warto jednak go ograniczyć do minimum i samodzielnie już do niczego nie dodawać.

A smażenie i nadużywanie olejów? Kurtka, z tym jest mi trudniej. Ale staram się i mam nadzieję smażyć w niedalekiej przyszłości na tłuszczu sporadycznie.







Składniki na porcję
Musztardowe tofu
  • ząbek czosnku
  • czubata łyżeczka delikatnej musztardy
  • łyżka oliwy (można dać sporo mniej i dopełnić odrobiną wody)
  • 100g naturalnego tofu
  • mielony len, bułka tarta i sezam w równych proporcjach do obtaczania
Pieczone warzywa
  • 1/3 sporej papryki
  • 1/2 fioletowej cebuli
  • 1/3 średniej cukinii
  • 2 pieczarki
  • sól, pieprz, ew. ulubione zioła
  • 1-2 łyżeczki oliwy do pokropienia 
I jeszcze
  • 4 łyżki pęczaku
  • szczypta kurkumy
  • garść rukoli
  • odrobina octu jabłkowego i soku z cytryny
Tofu kroimy w kostkę. Mieszamy sprasowany czosnek, musztardę, oliwę. Dorzucamy kostki tofu i delikatnie mieszamy z marynatą, aby wszystkie kawałki były dokładnie obklejone. Chowamy do lodówki pod przykryciem na co najmniej 3 godziny, a najlepiej na noc.
Pęczak gotujemy na parze metodą całkowitej absorpcji wody ze szczyptą kurkumy.
Paprykę kroimy w paski, cebulę w pióra, cukinię w pół-plastry,  pieczarki w zwykłe plasterki.
Na blasze wyłożonej papierem układamy paprykę i cebulę. Pokrapiamy oliwą i oprószamy przyprawami, wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 5 minut. Wyciągamy blachę, układamy pieczarki i cukinię, pokrapiamy je oliwą i przyprawiamy. Z kostek tofu usuwamy nadmiar marynaty (ale nie całkiem, żeby zostało więcej smaku i panierka się kleiła). Obtaczamy w mieszance lnu, bułki i sezamu. Układamy na blasze. Wstawiamy z powrotem do piekarnika na 15 minut.
Pęczak mieszamy z pieczonymi warzywami i odrobiną octu i soku z cytryny. Na talerzu układamy listki rukoli, na to wykładamy mieszankę pęczaku z warzywami. Wierzch dekorujemy tofu i jeszcze odrobiną rukoli.
Zjadamy od razu.
Smacznego!