wtorek, 12 lutego 2013

Poranny pudding amarantusowy i tatuaże. Spowiedź.

29 komentarzy:
 
Zacznę od rzeczy przyjemniejszej, czyli puddingu.
Z pewnością wiele z was zna amarantus w postaci poppingu. Zwykłe ziarenka są jednak bez porównania lepsze. Można z nich wyczarować wiele pyszności, na przykład taki pudding.
Nie jest skomplikowany ani czasochłonny w wykonaniu, dodatkowo rano wystarczy go wyjąć z lodówki i obłożyć dodatkami.
Amarantus jest produktem spoza kraju (chociaż podobno są jakieś polskie odmiany- w sklepach raczej rzadko spotykane) i drogim, dlatego jadam go sporadycznie, warto jednak czasem urozmaicić nim dietę. O jego zaletach można poczytać np. tutaj.






Składniki na porcję
  • 1/3 szklanki ziarenek amarantusa
  • szklanka mleka orzechowego (może być inne, ale takie zdecydowanie podnosi smak)
  • 1/2 laski wanilii
  • łyżka maku
  • kilka kropli syropu z agawy
  • 2/3 łyżeczki agaru
  • dowolne dodatki
Amarantus umieszczamy w rondelku, zalewamy mlekiem, dodajemy ziarna wydłubane z wanilii, pustą laskę, mak. Zagotowujemy, skręcamy gaz i gotujemy mieszając jakieś 15-20 minut (aż amarantus nieco zmięknie i wchłonie trochę mleka- pozostanie jednak jędrny). Dodajemy syrop z agawy i powoli wsypujemy agar, cały czas mieszając, aby nie powstały kluski. Gotujemy, aż całość zgęstnieje. Przekładamy do foremki lub foremek (najlepiej silikonowych). Po ostygnięciu wstawiamy na noc do lodówki pod przykryciem. Rano zjadamy z ulubionymi dodatkami.
Smacznego!








 Opowiem teraz o moim błędzie. Błędzie, który ukazał, jak wiele jeszcze mam wad, które muszę zwalczać.
Od zawsze marzyłam o tatuażu. Podobały mi się już w podstawówce (ku niezadowoleniu moich rodziców). Dorastałam, a marzenie o wytatuowanym ciele mnie nie opuszczało. W końcu postanowiłam, że jak skończę 18 lat i będę mieć środki- zrobię sobie pierwszy tatuaż.
Jakże więc mogłam nie ulec pokusie, kiedy na święta dostałam 400zł od dziadków i miałam łatwiejszy niż kiedykolwiek dostęp do większego miasta?
Decyzja o zrobieniu pierwszego tatuażu była podjęta przeze mnie ładnych parę miesięcy przed przejściem na weganizm i ogólnym przewrotem światopoglądowym. Sam tatuaż zrobiłam na początku stycznia tego roku. Miałam więc już ponad półroczny wegański staż.
Dlaczego więc nie przyszło mi wcześniej do głowy: "nie tak szybko, mogą tam używać niewegańskich kosmetyków"?
Wydaje mi się, że z jednego prostego powodu: zaślepiła mnie moja próżność, jakkolwiek ciężko by to nie zabrzmiało.
Po takim czasie oczywistym jest, że powinnam sprawdzić, czy studio jest OK pod względem etycznym.
Dopiero gdy byłam już w studio i rozpoczęła się procedura, pomyślałam, że to wszystko, czym jestem "mazana", prawie na pewno nie zgadza się z moimi przekonaniami.
Ale jest coś więcej.
Nawet tusze używane do tatuowania mogą być odzwierzęce. To już był dla mnie szok, gdy po wszystkim zaczęłam szukać informacji na temat tatuowania.
Stąd właśnie wzięło się to postanowienie. To był impuls, żebym bardziej się pilnowała.
Niezależnie od tego co do mnie dotarło, co wprowadzam dzięki temu w życie- wciąż popełniam błędy. I to nie tylko przez przypadek, ale też z lenistwa, pazerności, które we mnie tkwią.
Etap użalania się nad sobą z tego powodu już przeszłam i jest on zakończony. Teraz miałam odwagę Wam o tym opowiedzieć i przestrzec- nie pozbędziemy się z dnia na dzień wszystkich dawnych zapędów, nawet jeżeli wiemy, że są złe.
Jednak grunt to przeć do przodu, nie dać się przezwyciężyć temu, co wykształciło w nas konsumpcyjne społeczeństwo.
Niech więc ten tatuaż przypomina mi o tym, że zawsze muszę pamiętać o drugiej stronie medalu.




Jakich informacji się doszukałam?
Po pierwsze i najważniejsze- da się zrobić w Polsce wegański tatuaż. Ulga! Moja wydziarana przyszłość wciąż więc jest realna.
Kosmetyki, wiadomo- kwestia testowania na zwierzętach i odzwierzęcych składników.
Ale niewegańskie tusze to masakra. Może być w nich szelak, zwierzęca gliceryna, nawet zwęglone kości.
Dokładniejsze informacje: klik, klik.
Na stronie The Vegan Society są podane konkretne marki tuszów, nie wiem jednak, czy dostępne są w Polsce. To samo ze specyfikami potrzebnymi do tatuowania.
Najlepiej więc słać maile do studio tatuażu, które Was interesuje. Jeżeli pracują tam profesjonaliści- będą wiedzieli, czego używają, z czego to się składa.
Na razie podpytałam mailowo o kilka miejsc w Warszawie, zamierzam bowiem związać z tym miastem moją studencką przyszłość. Wegański tatuaż można sobie zrobić w:
Wysłałam więcej maili, ale tylko tyle dostałam odpowiedzi. Milczenie czasem potrafi być niezwykle wymowne.
Na blogu I can't believe it's vegan spotkałam się też ze wzmianką o studio Bloody Tears.
Z tych wyszukanych przeze mnie Art Force chyba byłoby najpewniejsze, ponieważ jeden z tatuatorów jest weganinem, więc na pewno dba o te sprawy.
Jeżeli nie ufacie jednak mailowym zapewnieniom, pytajcie o konkretne marki tuszów i kosmetyków używanych w studio. Można samodzielnie sprawdzić skład, ale to prawdziwa gehenna- nie chodzi tylko o niezrozumiałe nazwy składników, czasem nawet nie można doszukać się samego składu.
Jeżeli już dowiecie się, że jakieś studio używa kosmetyków i tuszów zgodnych z Waszymi poglądami, warto i tak jeszcze zaznaczyć przy wizycie, że tatuaż ma być wegański- czasem może być tak, że nie wszystkie kolory tuszów są w stu procentach roślinne.
Pozostaje jeszcze jeden problem- aftercare.
Zazwyczaj kremy polecane przez tatuatorów zawierają mnóstwo lanoliny i innych niefajnych składników. Niektórzy polecają zwykłą wazelinę, jednak czytałam też, że zatyka pory i nie pomaga wystarczająco w gojeniu. Zapytałam więc o jakieś konkretne marki na forum i jest- krem do pielęgnacji gojącego się tatuażu- Easy Tattoo.
W wymienionych przeze mnie studiach można go od razu kupić, nie wadzi też zamówić przez internet.
Potem tylko trzeba pamiętać o kremie z wysokim filtrem, jeżeli będziemy wystawiać tatuaż na słońce. Znacie jakieś dobre? Ja wciąż nie mogę żadnego znaleźć, a zależy mi na tym, żeby filtr był wysoki, co najmniej 50.

A jakie są wasze doświadczenia z wegańskim tatuowaniem?
Fajnie by było stworzyć jakąś bazę miejsc w Polsce, w których da się zrobić sobie tatuaż i nie mieć wyrzutów sumienia będąc weganinem.
Piszcie! Może stworzymy razem mały katalog?


Weganimy ZDROWO!

29 komentarzy:

  1. Piękny tatuaż! Sama od jakiegoś czasu myślę o tatuażu. W tym samym miejscu co Ty i jeżeli dobrze widzę też masz orła, o którym marzę już jakiś czas :)
    Dziękuję za posta, na pewno skorzystam z Twoich wielu cennych rad :)

    A mam pytanie odnośnie samego wzoru. To Twoje dzieło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest kruk. Wzór wykonał tatuator na moją prośbę. Wskazałam mu zdjęcie kruka z rozłożonymi skrzydłami, które mi się podoba, a on na moich oczach zrobił z tego szablon.

      Usuń
    2. Piękny jest, naprawdę. Ech, napatrzeć się nie mogę :)

      A co do puddingu to będę musiała wypróbować. Akurat wszystko mam, no oprócz mleka orzechowego, ale to nie problem bo orzechy są ;)

      Usuń
  2. też mi się marzy tatuaż...ale teraz to marzę o takim puddingu <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja sobie prawie 3 lata temu zrobilam 2 i teraz nie mogę się przekonac bo mi skóra barwnik odrzuciła, co prawda miejsca były dość specyficzne, ale znam swoją skórę i wolałam najpierw zająć się małymi projektami żeby ogannąć jak mi się to będzie zachowywać. Chociaż już od pół roku coraz intensywniej nad tym myślę i to już nad czymś większym.

    Filtry przeciwsłoneczne to ciężka sprawa. Większość z nich ma rakotwórcze składniki, szukałam też w ekologicznych produktach, ale niestety ich działanie i cena często nie idą w parze. Zastanawiam się nad tym z John Masters Organics, ale widziałam tylko wersje SPF 30 i ten również jest okrutnie drogi, ale wiele osób go sobie chwali. Ech, przyjdzie nam chodzić z parasolkami w lecie ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o rakotwórczym działaniu nie słyszałam... masz ci los, co chwila człowiek dowiaduje się czegoś nowego

      Usuń
  4. o rety, ale numer. w życiu bym nie pomyślała, że może być vege tatuuaż!
    wciąż mnie zaskakujesz.

    OdpowiedzUsuń
  5. z babydream jest 50 nawet niezła. miałam też jakieś filtry z alverde ale były padaczne, nie dość że słońce i tak mnie spiekało to jeszcze chodziłam jak pobielona wapnem :P

    OdpowiedzUsuń
  6. puding! wyglada ! po prostu...aaahhhrrr pięknieeeee!

    OdpowiedzUsuń
  7. Robię sobie tatuaże co parę lat ale jakoś nigdy się nie zastanawiałam co może być w farbie, to znaczy czytałam że kiepskiej jakości farby są rakotwórcze i szkodliwe dla organizmu, ale skoro robię tatuaże wyłącznie w renomowanych studiach, to ten problem mnie nie dotyczy. Na przyszłość będę czujniejsza, dzięki Tobie.
    Polecam Ci właściciela studia Sauron - Marzana jest na pewno wegetarianinem, czy weganinem tego nie wiem.
    Maść Easy Tattoo jest też świetna.
    Rozumiem jak myśl o podróży na Śląsk po tatuaż może przerażać ale ja potrafię jechać do Włoszech jak chce dzieło od konkretnego artysty. To jest dzieło które zostaje na Twoim ciele do końca życia, wiec warto. Nie każdy artysta sprawdza się w wykonaniu każdego wzoru i techniki, ja wymyślam wzór i szukam speca od brudniej roboty. Bywa czasem też że na swój nowy znaczek na ciele czekam parę dobrych miesięcy, ale wart, na prawdę.
    Kremu z wysokim filtrem jeszcze nie znalazłam, więc plażowanie jest dla mnie tabu, ale bardzie kocham mój tusz pod skórą niż pluskanie się w jeziorku/morzu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze nie jadłam amarantusa (poza poppingiem), takich puddingów od razu zjadłabym kilka :)
    a co do tatuażu to nie bądź dla siebie zbyt surowa, w tamtej chwili myślałaś że robisz dobrze...ważne że teraz uzupełniłaś swoją wiedzę i się nią podzieliłaś, bo np ja również o tym nie wiedziałam.
    W okresie wiosenno-letnim używam filtrów 50tek, zazwyczaj kupowałam te cieszące się popularnością, ale odkąd zaczęłam zwracać uwagę na skład kosmetyków i wybierać firmy nietestujące na zwierzętach, to z filtrami mam największy problem :/ Ostatnio kupiłam Babydream -rossmanowski krem dla dzieci, był całkiem ok i nie kosztował wiele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że może to brzmieć histerycznie, ale trochę siebie znam...

      Usuń
  9. Przepiękny tatuaż i super, że mamy wspólną pasję :) Twoje info bardzo cenne, będziesz moją stałą konsultantką w tych sprawach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tylko proszę mnie nie traktować jak eksperta, bo ja zaledwie liznęłam temat! :)

      Usuń
    2. Hahaha, guzik prawda, miesiąc temu nie miałam pojęcia, że tatuaże nie są wegańskie.

      Usuń
  10. Bezpośrednio niestety nie znam nawet poppingu, ale chętnie bym się zapoznała z nim bliżej :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie tatuaże przerażają - w sensie, nie widzę powodu, żeby sprawiać sobie ból. Mój C. ma fragment obrazu Salvadora - podoba mi się, ale sama raczej bym się nie zdecydowała...
    Amarantus to dla mnie nieznane lądy, z przyjemnością bym spróbowała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to wcale aż tak strasznie nie boli :) Trochę jak drapanie, tylko mocniejsze

      Usuń
    2. Zależy gdzie ;) Kumpel się popłakał jak miał tatuowane żebra, ale się nie zająkną, skubany. ;p

      Usuń
    3. Fakt, jak igła dojeżdżała w okolice pach, zaczynał się lekki hardcore :)

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  13. Nie jestem weganką i kiedy robiłam swój tatuaż(niespełna rok temu) niezastanawiałam się nad takimi kwestiami jakie tutaj poruszyłaś. W sumie, może jakbym miała dostęp i możliwość wykonania tatuażu taką metodą to bym ją właśnie wybrała, kto wie...Co do kremu z filtrem polecam firmę SVR-niegdyś robili nawet setki, ale są już wycofane. Zadowolona jestem z filtru Avene, zaś Uriage leży w szafce odłogiem(jakiś taki gęsty i tłusty). Nie wiem tylko, czy są wegańskie...A krem do gojenia, smarowania tatuażu- ja uzywałam Bepanthenu, który polecił mi mój tatuator mówiąc,że wszystko inne pic na wodę i strata kasy. Ja nie wiem jaka prawda poza tym,że mi zagoiło się super! :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  15. dwa tygodnie temu dziabnęłam się w studio w Sopocie, tatuował mnie weganin, mówił mi dokładnie jakich środków używał i wszystko było vegan, kupiłam też u nich easytattoo do pielęgnacji-ofc vegan ;) nie wiem czy mogę podać nazwę, ale zaryzykuję-studio nazywa się Saveetat, weganin to Radek. pozdr!

    OdpowiedzUsuń
  16. Zrobiła mi się spora ochota na ten pudding, ale mam "na stanie" tylko popping (amarantus ekspandowany). Zastanawiam się czy warto próbować. Będzie na pewno trochę "trzeszczeć" w zębach, ale co tam; chyba spróbuję. Próbowałaś może zrobić ten pudding z poppingu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś z tego by wyszło, ale na pewno efekt byłby daleki od tego który uzyskałam... Generalnie nie jestem fanką poppingu, wolę zwykłe ziarenka ;)

      Usuń
    2. widzę że niechcący "wpisałam się" 2 razy - wydawało mi się jakoś że oryginalny wpis poszedł w kosmos :-) Ja też na szczęście wykopałam gdzieś w szafie ziarenka i deser wyszedł super. Dzięki za inspirację !

      Usuń
  17. Mam sporą ochotę na ten pudding ale mam "na stanie" tylko popping. Zastanawiam się czy próbować. Pewnie będzie trzeszczeć w zębach, ale myślę że da się to przeżyć. Próbowałaś może zrobić to z poppingu?

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli nie masz konta w bloggerze, podpisz się imieniem lub ksywą. Będzie mi bardzo miło wiedzieć z kim rozmawiam. :)
Miłego dnia!