piątek, 24 maja 2013

Kofta i trochę bleblania

9 komentarzy:
 

Żyję. Wczoraj miałam ostatnią maturę- ustny polski. O pełnych wynikach będę wiedziała dopiero pod koniec czerwca, ale ustne egzaminy mam zdane na 100%, więc z pisemnych chyba nie będzie dużo gorzej. :)

Wreszcie mogę zająć się tym, na co mam ochotę, czytać coś spoza listy lektur szkolnych. Zaczęłam wczoraj "The China Study". Od samego początku robi dobre wrażenie- publikacja rzeczowa, ale nie moralizatorska. Na pewno coś o niej skrobnę w najbliższym czasie.

W te wakacje mam nadzieję trochę bardziej angażować się w różne akcje. Jeśli gdzieś będzie coś się działo: wsiadam w pociąg, chociaż parę razy.

Nareszcie będę mogła wyżyć się w kuchni. Piekłam przez te miesiące tak rzadko, że aż boję się, czy nie wypadłam z wprawy... chociaż, takich rzeczy chyba się nie zapomina, to jak z jazdą na rowerze. Moja kreatywność chyba jeszcze nie umarła?...

Powoli zbliżają się też urodziny bloga (to już 11 czerwca), zorganizuję więc też jakiś mały konkurs. Jeszcze nie wiem co i jak, ale na pewno będzie.

Ale dosyć już, przejdę do kofty.
Po internecie krążą różne wersje kofty- albo bardziej serowe, albo warzywne, albo mączno-warzywne i już nie wiadomo, za którą się łapać. Próbowałam różnych wersji i chyba najlepsza jest taka na bazie tofu. Opierałam się głównie o przepis I can't believe it's vegan i ten z książki "Kuchnia indyjska". Efekt jest taki, że w kofcie zakochałam się bez reszty. Jest to jednak danie z cyklu "tłuste, ale pyszne", dlatego staram się nie za często je robić. Tyczy się to zresztą wielu dań z kuchni indyjskiej- czemu oni tak lubią smażyć? Nie wiem, czy kofta byłaby dobra z piekarnika. Mam złe doświadczenia z pieczonym falafelem, boję się więc też i w tym przypadku- ale kiedyś na pewno spróbuję.






Składniki na porcję
Kulki
  • 100g tofu naturalnego
  • 1/3 surowej cebulki (najlepiej fioletowej)
  • sól
  • pieprz
  • łyżeczka soku z cytryny
  • szczypta tymianku
  • 1/2 łyżeczki kminu rzymskiego
  • szczypta chili
  • 1/2 łyżeczki skórki otartej ze sparzonej cytryny
  • szczypta kurkumy
  • szczypta asafetydy
  • mąka kukurydziana (ok 3-3 i 1/2 płaskiej łyżki, nie więcej)
  • olej do smażenia
Sos
  • olej
  • 1/2 łyżeczki nasion kminku
  • łyżeczka tandoori masala
  • 100-150g przecieru pomidorowego z kartonika
  • chlust niesłodzonego mleka roślinnego

Miksujemy tofu, cebulę i przyprawy. Dodajemy mąkę, wyrabiamy masę i odstawiamy. Musi być lekko kleista, wydawać się nawet nieco za rzadka- dzięki temu kofta będzie delikatna, miękka i zachowa intensywny smak.

Do rondelka wlewamy trochę oleju. Gdy się rozgrzeje, zmniejszamy nieco gaz i wrzucamy kminek. Po jakichś 30 sekundach (gdy zacznie intensywnie pachnieć) dorzucamy tandoori masala i mieszamy szybko. Po chwili dolewamy przecier pomidorowy (uwaga, pryszcze!) i odrobinę mleka roślinnego). Mieszamy, zmniejszamy gaz do minimum i gotujemy 5-10 minut pod przykryciem, mieszając od czasu do czasu, żeby się nie przypalił.

Za pomocą zwilżonych wodą dłoni formujemy małe kulki z przygotowanej masy i rzucamy na rozgrzany olej. Gaz powinien być skręcony prawie do minimum, ale jeśli olej będzie dobrze rozgrzany- i tak szybko się zrumienią. Smażymy kulki z co najmniej trzech stron. Gdy będą rumiane, osączamy je na papierowym ręczniku. Podajemy natychmiast z sosem, najlepiej na brązowym ryżu i gotowanych na parze warzywach.
Smacznego!







Pokochaj tofu

9 komentarzy:

  1. Ja polecam do sosu dodac wiorki kokosowe. Na rozgrzany olej wsypujesz wiorki, delektujesz sie ich zapachem do lekkiego zrumienienia, reszta tak jak robisz. Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbowałam kiedyś, ale stwierdzam, że wolę mleko kokosowe :)

      Usuń
  2. przepysznie się prezentują, choć ja zawsze boję się smażyć te indyjskie rzeczy, bo właśnie falafele nigdy mi nie wychodzą. gratuluję 100% i trzymam kciuki na wynikach z pisemnych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Falafelki to akurat arabskie są :) A co konkretnie nie wychodzi?

      Usuń
  3. Zazdroszczę tej dospozycyjności wakacyjnej.
    A smażyć to i ja nie lubię ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. masz rację - kuchnia indyjska jest bardzo mocno smażona i mocno przyprawiona, z tych dwóch względów robię ją dość rzadko, bo jej intensywność zabija warzywa wg mnie. Ale kofta pierwsza klasa. A o swoją kreatywność się nie martw, na pewno nie zanikła. czekam na wakacyjne przepisy :)
    Pozdrawiam
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Używa się dużo różnych przypraw, ale można po prostu dodać każdej jednej w mniejszej ilości. :) Ja bardzo je lubię, ale wątpię, żebym dodawała ich tyle, ile jest w oryginale. To smażenie tylko denerwuje, ale ponoć kuchnia hinduska i tak jest najzdrowszą na świecie. :)

      Usuń
  5. kofta zrobiona z sera to bylo jedno z moich ulubionych dań z czasów wegetariańskich.
    muszę tez spróbować zrobić ją z tofu, bo czuje że może być jeszcze lepsza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam skali porównawczej, bo nie miałam okazji jeść kofty w wersji tradycyjnej. Mogę tylko powiedzieć, że jest boska, w moim osobistym rankingu przebija arabskie falafele :)

      Usuń

Jeżeli nie masz konta w bloggerze, podpisz się imieniem lub ksywą. Będzie mi bardzo miło wiedzieć z kim rozmawiam. :)
Miłego dnia!