sobota, 29 czerwca 2013

Miało być o cieście, które zrobiłam z okazji zdanej śpiewająco matury, ale niestety- spartoliłam jedną małą rzecz. Nie wyklucza faktu, że smakowo było hitem! Zrobię je jeszcze raz w przyszłym tygodniu i obiecuję się z wami podzielić.

Tymczasem napiszę o kopcu kreta, mimo że miał poczekać na kolejne pieczenie, kiedy będę miała lepsze zdjęcia. Stałam się pod tym względem okropną perfekcjonistką. Nie mam aspiracji, aby moje zdjęcia wyglądały jak z książki kucharskiej czy czasopisma kulinarnego, ale przeglądam te moje "fotki" i nic mi się nie podoba.

W każdym razie, kopiec kreta zawsze był jednym z moich ulubionych ciast. Moja mama oczywiście korzystała z kupnego proszku. Gdy zaczęłam nakręcać się na naturalną kuchnię, odzwyczaiłam się od tego rodzaju jedzenia i zwyczajnie przestało mi smakować. Kiedy zobaczyłam więc całkowicie pozbawiony gotowców, wegański przepis na to ciasto (blog atak ciasta!), stwierdziłam, że pora zrobić je samodzielnie.

Zmieniłam co nieco w przepisie, przede wszystkim ilość użytego ciasta kakaowego i płynu w kremie. Jest naprawdę pyszne, kremowe i sycące- jeden kawał starcza na dobrych kilka godzin.





Składniki na małą tortownicę

Ciasto
  • 3 szklanki mąki orkiszowej razowej (drobno mielonej)
  • 3/4 szklanki cukru brzozowego
  • 3/4 szklanki oleju
  • 1 i 1/8 szklanka wody, mleka roślinnego lub mieszaniny obu
  • 1 i 1/2 płaskiej łyżki sody
  • 3 czubate łyżki karobu, kakao lub mieszanki obu
Krem
  • kostka tofu naturalnego (200g)
  • 1 i 1/2 szklanki płatków ryżowych
  • ok. 2 szklanki mleka roślinnego
  • laska wanilii
  • ok. 4 łyżki cukru brzozowego lub więcej
  • ok. 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady
Dodatkowo
  • 2 banany
  • sok z cytryny

Aby przygotować ciasto, mieszamy w jednej misce suche składniki, w drugiej mokre. Łączymy zawartości obu misek, przelewamy do wytłuszczonej i wysypanej otrębami tortownicy i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. 40-45 minut, do suchego patyczka. Dajemy ciastu dobrze ostygnąć i kroimy na dwa płaty (górna część powinna być odrobinę większa). Górną część kruszymy na kawałki, dolną lekko drążymy pozostawiając brzegi.

W rondelku zagotowujemy mleko roślinne z ziarenkami wydłubanymi z laski wanilii i pustą laską. Wsypujemy powoli płatki ryżowe i gotujemy stale mieszając, aż będą miękkie. Jeżeli płyn zostanie wchłonięty całkowicie, a płatki wciąż będą zbyt twarde, trzeba dolać mleka roślinnego. Płatki muszą być bardzo miękkie i nie suche. Po ugotowaniu wyjmujemy pustą laskę wanilii i dajemy im ostygnąć. Miksujemy z cukrem i rozkruszonym tofu na gładką masę. Mieszamy z drobno posiekaną gorzką czekoladą (mimo odczekania i tak mi się rozpuściła i zabarwiła krem na czekoladowo, ale może to nadało mu nawet większego uroku).

Banany kroimy wzdłuż i na mniejsze kawałki- tak, aby dało się nimi wyłożyć wydrążone miejsce w spodzie ciasta. Skrapiamy sokiem z cytryny, aby banany nie straciły koloru. Nakładamy krem, formując górkę. Pokrywamy całość okruchami górnej części ciasta, lekko wciskając w krem, aby się tak nie osypywały. Wstawiamy do lodówki na minimum 2-3 godzin. Można jeść. ☺

Smacznego!




Kiedyś obiecałam robić zdjęcia moim większym wegańskim zakupom, ale na długo o tym zapomniałam. Tym razem uwieczniłam wszystko dzień po przyjściu paczki, zanim zniknie w czeluściach mojego (również bliskich :)) przewodu pokarmowego.
Na zdjęciu są: tahini, mleko kokosowe (x2), pasta shiro miso, zielona i czerwona pasta curry, orkiszowa mąka razowa (tańsza niż w supermarketach o ładnych parę złotych), ekologiczne ziarna soi na mleko (x2), karob, płatki drożdżowe, skrobia kukurydziana, kostka Alsana, makaron sojowy, jęczmienny, ziarna żyta, amarantusa, tempeh wędzony, marynowany i sojowy serej topiony Sojakrem (x2).





Pasty miso jestem najbardziej ciekawa. Nigdy jej nie używałam, a spędza mi sen z powiek w zasadzie od kilku lat. Zawsze odkładałam kupno pierwszej paczki, bo ten produkt nie należy do tanich. Kompletnie nie umiem się z nią obchodzić. Co polecacie na początek, oczywiście poza zupką miso?





Pierwszy raz spróbowałam marynowanego tempehu. Kiedyś zamówiłam wędzony i już w kółko chciałam jeść tylko taki. Spróbowałam tego i nie żałuję, choć w dalszym ciągu wolę wędzony. Ten jest delikatniejszy w smaku, spodoba się tym, dla których wędzony jest za słony. Coś mi się zdaje, że nie zrobię z nim nic ambitniejszego, tylko wyjem prosto z opakowania.


Wszyscy zorientowani zapewne wiedzą- wczoraj były wyniki matur oraz świadectwa do odbioru. Ze swoich wyników jestem całkiem zadowolona (tylko ten polski...) i mam nadzieję, że umożliwią mi one wymarzone studia.
Wygląda to tak.

Polski podstawowy- 76%
Matematyka podstawowa- 94%
Angielski podstawowy- 98%

Polski rozszerzony- 73%
Angielski rozszerzony- 90%
Historia sztuki rozszerzona- 94%

Polski ustny- 100%
Angielski ustny- 100%

Jestem naprawdę zadowolona z siebie, szczęśliwa i chce mi się skakać aż do sufitu!
Bardzo, bardzo chciałabym dostać się na Uniwersytet Warszawki lub Uniwersytet im. A. Mickiewicza w Poznaniu na historię sztuki. Po zrobieniu licencjata chciałabym wypróbować swoich sił na ASP, ewentualnie trzasnę jeszcze magistra. ☺
A potem... Nie wiem jeszcze. Życie może się różnie potoczyć, wolę więc nic nie zapeszać.

Trzymajcie za mnie kciuki!



Jeszcze słówko na temat urodzinowego konkursu. Zgłoszeń jest bardzo mało, a więc przedłużam okres przesyłania maili do 15 lipca. Przypomnę, że można wygrać książkę Colina Campbella "Nowoczesne zasady odżywiania". Zasady tutaj.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Ten krem robię już od dawna, pojawił się też on na starszym blogu. Wtedy jednak jadłam go z serkiem homogenizowanym, potem zaczęłam szukać innych dodatków. I wreszcie znalazłam!

Z moim mocnym rozdrabniaczem już nie boję się robić domowej śmietanki z orzechów i pestek. Z wielu wariantów najbardziej posmakowała mi migdałowa. Okazało się, że genialnie komponuje się z intensywnym, lekko imbirowym buraczanym kremem.

Przepraszam za jakość zdjęć. Próbowałam, próbowałam- i nie mogłam dostosować ustawień lustrzanki. Kolory są lekko przekłamane. Zrobię jednak tę zupę jeszcze nie raz, więc na pewno będzie okazja, żeby zrobić nowe fotografie.







Składniki na porcję
Zupa
  • 1- 1 i ½ kubka bulionu warzywnego
  • buraki- 2 średnie lub 3 małe
  • łyżeczka octu jabłkowego
  • 2 łyżki kaszy jaglanej
  • ½ niewielkiego jabłka
  • chlust koncentratu z buraka
  • pieprz
  • cienki plasterek imbiru

Śmietanka migdałowa
  • garstka migdałów
  • 6 łyżek niesłodzonego mleka sojowego
  • kilka kropli soku z cytryny

Do podania
  • koperek, pietruszka, ulubione kiełki



Migdały zalewamy wrzątkiem, po ok. 30 minutach odlewamy wodę i obieramy je ze skórek. Następnie zalewamy wodą i moczymy co najmniej przez 4 godziny. Osączamy, płuczemy na sitku. Miksujemy na gładką, kremową śmietankę z mlekiem sojowym i sokiem z cytryny.

Bulion zagotowujemy. Wrzucamy umyte, obrane i pokrojone buraki (pokroić w ósemki lub w jeszcze mniejsze kawałeczki, w zależności od wielkości buraków), dodajemy od razu łyżeczkę octu, mieszamy. Ponownie zagotowujemy i skręcamy gaz. Gotujemy 25 minut.
Dorzucamy opłukaną i sparzoną wrzątkiem kaszę jaglaną.
Po 5 minutach dodajemy pół jabłka- po pozbyciu się gniazda nasiennego i pokrojeniu w kostkę, bez obierania. Wlewamy koncentrat. Mieszamy, gotujemy jeszcze 10 minut. Doprawiamy zupę pieprzem i tartym imbirem, miksujemy na gładki krem.

Podajemy od razu ze śmietanką migdałową oraz zieleniną i kiełkami.

Smacznego!








A tak w ogóle, to kolejny raz przypominam o konkursie urodzinowym. Został już tylko tydzień na wysyłanie zgłoszeń, a na razie jest ich jak na lekarstwo. Jeżeli ktoś jest chętny na książkę "Nowoczesne zasady odżywiania" Colina Campbella, to zapraszam!

Poza tym, przeczytałam właśnie książkę "Widelec zamiast noża", obejrzałam też jakiś czas temu "Forks over knives", mam w planach w tym tygodniu wypróbować też kilka pomysłów z części przepisowej. Spodziewajcie się więc bardziej obszernego posta na temat tej książki!



Wegańska zupa latem!Weganimy ZDROWO!

czwartek, 20 czerwca 2013

W związku z tym, że mam maszynkę do robienia mleka roślinnego, dosyć często jestem posiadaczką okary. Wychodzi naprawdę pyszna, lepsza niż przy tradycyjnym wyrobie- jest gładka, miękka i zachowuje sporo smaku jak na odpad. Szkoda wyrzucać! Zwłaszcza, że można z niej wyczarować wiele pyszności.

Okara dobrze nadaje się wszędzie tam, gdzie potrzebna jest roślinna wersja twarożku. Jak dotąd najbardziej posmakowała mi jako farsz do ruskich naleśników. Naleśników, nie krokietów.
Nie wiem czemu, ale obtaczanie tego wszystkiego w bułce i opiekanie na chrupko nie ciągnie mnie w tym przypadku. Zawinięcie ciepłego farszu w świeżo usmażony naleśnik w zupełności wystarcza do osiągnięcia pełni smaku.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym zjadła wytrawny posiłek niewzbogacony warzywami. Odkryłam, że takie naleśniki świetnie komponują się z pieczonymi pieczarkami. 

Mimo tych nieznacznych modyfikacji danie jest proste, do tego sycące- typowo polskie (choć nazywa się ruskie ☺...).

Przypominam też o konkursie: zasady tutaj. Czas tylko do końca czerwca! Jeżeli będzie naprawdę mało zgłoszeń, będę mogła przeciągnąć nieco termin- rozumiem, że niektórzy są mniej lub bardziej wakacyjnie zajęci, ale... ogarnijcie się kochani. Napisać kilka słów o wegańskiej potrawie to naprawdę niewiele. ☺






Składniki na porcję

Naleśniki (patent ze zmielonymi płatkami owsianymi od niezawodnej Marty)
  • łyżeczka oleju
  • nieco ponad 1/2 szklanki niesłodzonego mleka roślinnego i wody, najlepiej gazowanej (1:1)
  • szczypta soli
  • 2/6 szklanki mąki pszennej/orkiszowej pełnoziarnistej, drobno mielonej
  • 1/6 szklanki zmielonych płatków owsianych
Farsz
  • łyżeczka oleju
  • 1/2 cebuli lub odpowiedni wielkością kawałek pora
  • jeden średni ziemniak, ugotowany na parze w skorupce
  • okara z 60-80g soi (gładka i miękka)
  • łyżeczka soku z cytryny
  • sól, pieprz
  • szczypta przyprawy "do kurczaka"
Pieczarki
  • 12 małych, twardych pieczarek
  • 1/2 łyżeczki oleju
  • odrobina sosu sojowego
  • łyżeczka mielonej kolendry

Farsz
Jeszcze ciepłego ziemniaka obrać ze skóry i sprasować. Na rozgrzanej łyżeczce oleju zeszklić drobno posiekaną cebulkę/pora, dodać ziemniaka, okarę, wymieszać. Dodać sok z cytryny i resztę przypraw. Wymieszać. Podgrzewać, aż nadzienie będzie mocno ciepłe.

Pieczarki
Pieczarki umyć, rozkroić na połówki, wymieszać w misce z olejem, sosem sojowym i kolendrą. Piec przez 20 minut w 190 stopniach.

Naleśniki
Do miski wlewamy olej i mleko roślinne z wodą. Dodajemy wszystkie suche składniki i miksujemy, aż ciasto będzie jednolite. Konsystencja ma być nieco rzadsza, niż w tradycyjnym cieście na naleśniki. Odstawiamy na ok. 10-15 minut.
Smażymy na suchej, rozgrzanej patelni ceramicznej lub teflonowej (gaz powinien być średnio rozkręcony).

Do świeżo usmażonych naleśników nakładamy gorący farsz i zwijamy w dowolny sposób. Polewamy pieczarkami razem z wytworzonym sosem. Jemy od razu.

Smacznego!







Akcja Ogryzek - kreatywne wykorzystanie resztek!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Uwielbiam zapiekanki. Z wierzchu chrupkie, w środku warstwowe, wiele smaków łączy się w jedno danie. Niebo.

Dobrze jest używać w nich kasz zamiast tradycyjnych ziemniaków lub makaronu. Jest to naprawdę miłe urozmaicenie.

Botwinkę też warto potraktować mniej konwencjonalnie. Zazwyczaj ląduje w zupie i... właściwie chyba tylko w zupie. A można zrobić z niej tyle pysznych rzeczy! Bardzo fajnie współgra z liśćmi rzodkiewki, które najlepiej rwać z własnego ogródka.

Przy okazji robienia tej zapiekanki znalazłam też sposób na idealny beszamel- odrobina oleju kokosowego lub margaryny jako dodatek (niekoniecznie, ale warto), nie za dużo mąki do zagęszczenia i bez przesady z gałką. Wierzcie mi, kiedyś naprawdę miałam z nim spory problem. Trochę trwało, zanim znalazłam proporcje idealne.

Tak więc idź do kuchni, przygotuj sobie (a może nie tylko sobie) pyszną i zdrową zapiekankę, a potem napisz do mnie maila, żeby wygrać książkę. ☺







Składniki na porcję
  • 4 łyżki niepalonej kaszy gryczanej
  • olej do wysmarowania formy
  • pestki dyni na wierzch (odrobina)

Warzywa

  • 1/2 cebuli
  • 4 porządne garści liści rzodkiewki
  • spora garść botwinki
  • ząbek czosnku
  • sól, pieprz
Beszamel

  • 1/2 szklanki niesłodzonego mleka sojowego
  • 1/2 szklanki naturalnego bulionu warzywnego
  • lekko czubata łyżka mąki kukurydzianej
  • łyżeczka płatków drożdżowych (niepełna)
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól, pierz
  • ew. łyżeczka oleju kokosowego lub wegańskiej margaryny
Chrupiące tofu na wierzch
  • 100g tofu naturalnego
  • marynata: ocet ryżowy, sos sojowy, rozmaryn, wędzona papryka, łyżeczka oleju


Tofu kroimy w kostkę, mieszamy z marynatą i schładzamy w lodówce przez co najmniej 2 godziny.

Kaszę gryczaną płuczemy i gotujemy na parze w niewielkiej ilości płynu, niech będzie al dente.

Na patelni podgrzewamy niewielką ilość wody. Wrzucamy drobno posiekaną cebulkę, dusimy do miękkości. Wrzucamy partiami liście rzodkiewki i posiekaną botwinkę, dusimy do zwiędnięcia i miękkości. Doprawiamy sprasowanym czosnkiem, solą i pieprzem. Uwaga- nie odparowujcie całego płynu! Niech trochę zostanie, wchłonie go kasza.

Aby zrobić beszamel mieszamy bulion  z mlekiem sojowym, część odlewamy do shakera, resztę zagotowujemy. W shakerze rozrabiamy mąkę kukurydzianą z odrobiną płynu. Ciepły płyn doprawiamy płatkami drożdżowymi, gałką, solą i pieprzem. Można też dodać szczyptę kurkumy. Mieszamy. Gdy porządnie się zagotuje, wlewamy powoli rozrobioną mąkę, cały czas energicznie mieszając. Gdy sos zgęstnieje, dodajemy olej kokosowy lub margarynę dla bardziej kremowej konsystencji.

Niewielkie naczynie żaroodporne smarujemy odrobiną oleju.
Nakładamy kolejno: kaszę, warzywa, sos beszamelowy (wychodzi go sporo, odrobinę można dać na spód) i tofu lekko osączone z marynaty. Każdą warstwę wyrównujemy przed nałożeniem kolejnej. Na koniec posypujemy całość pestkami dyni. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na 25-30 minut.

Podajemy gorącą z odrobiną koperku lub pietruszki.

Smacznego!




Pokochaj tofu

czwartek, 13 czerwca 2013

Muffiny te upiekłam już jakiś czas temu, na ostatnie zajęcia z moją korepetytorką od historii sztuki (pozdrawiam!).

Część z nich pozostała w domu i zniknęła w błyskawicznym tempie.

Przede wszystkim sekret ich smaku tkwi w użyciu zsiadłego mleka sojowego, o którym pisałam już wcześniej. Ktokolwiek piekł tradycyjne muffiny, wie, że najlepiej rosną one na kwaśnym płynie. Można oczywiście zakwasić octem czy sokiem z cytryny zwykłe mleko roślinne, ale użycie takiego domowego nadaje moim zdaniem dużo lepszego smaku.
Jak do takich muffinów dodamy jeszcze banana, rabarbar, wiórki kokosowe- to jak tu ich nie uwielbiać?






Składniki na ok. 12-16 muffinek

  • 2 szklanki mąki (1 i ½- mąka pełnoziarnista, reszta- mąka biała, orkiszowa lub pszenna)
  • 1 i ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • ¼ łyżeczki soli
  • ¾ szklanki cukru brzozowego
  • ok. 50g wiórków kokosowych (w tym do posypki)
  • ¼ szklanki oleju
  • dojrzały banan
  • szklanka zsiadłego mleka sojowego
  • 1 i ½ dużej łodygi rabarbaru


Mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sól, cukier brzozowy i wiórki kokosowe. Dolewamy zmiksowaną mieszankę oleju, banana i zsiadłego mleka sojowego. Mieszamy wszystko szybko i niedbale. Dodajemy pokrojony rabarbar i mieszamy ponownie. Nakładamy ciasto do silikonowych foremek (do ok. ¾ wysokości). Posypujemy wiórkami kokosowymi. Pieczemy w 180 stopniach przez 20-25 minut, w zależności od wielkości muffinów. Uchylamy drzwiczki piekarnika po ok. 10 minutach od wyłączenia, wyjmujemy muffiny po kolejnych dziesięciu i zostawiamy do ostygnięcia.
 Smacznego!







Pora na recenzję.
„The China Study”, czyli „Nowoczesne zasady odżywiania” to książka napisana przez T. Colina Campbella i jego syna, Thomasa M. Campbella II. Zabierałam się do niej już od dawna, dopiero jednak po sezonie maturalnym odetchnęłam na tyle, aby móc ją w spokoju przeczytać.
Spodziewałam się suchych, naukowych wywodów- myliłam się. Książka jest napisana przyjaznym zwykłemu człowiekowi językiem, obfitującym w obrazowe porównania, które pomagają zrozumieć sens treści. Przeczytacie tam o szczegółach licznych badań przeprowadzonych przez Campbella- badaniu chińskim, w Filipinach,  również, niestety, prowadzonych na laboratoryjnych szczurach. Campbell nigdy jednak nie brał pod uwagę względów etycznych weganizmu. Badał zależności pomiędzy dietą a stanem zdrowia wyłącznie dla celów naukowych, a nieprzetworzoną dietę roślinną promuje ze względów zdrowotnych. Gdyby nie te badania, nie byłby dzisiaj zwolennikiem roślinnej diety i nie promowałby jej wśród ludzi.
Książka wyjaśnia zależności pomiędzy żywnością odzwierzęcą a rozwojem poszczególnych chorób. Wprowadza też w tajniki systemu zdrowotnego i rządu powiązanych ściśle z przemysłem mleczarskim, jajczarskim i mięsnym, którym bardziej zależy na zysku niż na zdrowiu publicznym.
Wypowiedzi ilustrują wykresy, które pomagają wyobrazić sobie skalę problemów zdrowotnych wynikających z zachodniej diety.
Jest to jednak publikacja, która nie należy do lekkich lektur. Należy naprawdę skupić się na tym, co się czyta. Mimo to, dla mnie okazała się niezwykle wciągająca.
„Nowoczesne zasady odżywiania” powinien przeczytać każdy, zwłaszcza ten, kto wierzy, że kampanie mleczne w szkołach wynikają z troski o rozwój dzieci. Że bez mięsa nie ma silnych mięśni. Że lekarze zalecają branie niezliczonej ilości leków i poddawanie się niebezpiecznym zabiegom tylko ze względu na to, że taka jest jedyna i najlepsza droga do zdrowia. Weganom natomiast pomoże lepiej zrozumieć zalety ich diety i dostarczy mocnych argumentów do ewentualnych dyskusji, zmotywuje do ograniczenia przetworzonych produktów w diecie.




Ta książka będzie nagrodą w urodzinowym konkursie. Naprawdę, warto mieć ją na swojej półce!
Co należy zrobić, aby wziąć udział w konkursie?
1.       Nie musisz polubić mojego bloga na facebooku, ale będzie mi miło, jeśli to zrobisz.
2.       Zastanów się, jaką wegańską potrawę lubisz najbardziej. Może być słona, słodka, śniadaniowa, obiadowa, kolacjowa- jaka chcesz.
3.       Wyślij maila na martaprzybylak6@gmail.com. Opisz w nim tę potrawę. Nie musi to być przepis, możesz napisać jej nazwę, z czego się ona składa, jak smakuje, dlaczego ją lubisz. Czy robisz ją sam(a), czy może gdzieś ją jadasz? Wiążesz z nią jakieś ciekawe wspomnienia? Możesz o niej pisać, co chcesz, byle było ciekawie. Zdjęcie też jest mile widziane. W tytule maila wpisz: „Urodzinowy konkurs”.
4.       Można wysyłać maile do końca czerwca. Wygra ten, który uznam za najciekawszy. Do dzieła!






wtorek, 11 czerwca 2013

Tak, już rok jestem weganką i dokładnie rok produkuję się pod tym adresem. Zleciało bardzo szybko!
Drogą podsumowania: blog zdobył 506 lajków na fejsbuku, ma 116 obserwatorów i odwiedzono go 106 516 razy. Liczby te stale rosną, co mnie niezmiernie cieszy. Dzięki, że ze mną jesteście!

Wiecie co? Przez ten rok wiele się nauczyłam i przede wszystkim czerpię coraz większą radość z tego stylu życia. Mam nadzieję, że moja pozytywna energia skłoni kogoś do tego kroku na przód.

Tak jak obiecałam, zorganizuję z tej okazji mały konkurs dla was. Czekajcie cierpliwie na dalsze informacje, niedługo powinny się pojawić.

Tymczasem proponuję coś ugotować. Nie ma to jak aromatyczne danie z piekarnika. Takie właśnie są pieczone boczniaki. Warto wcześniej je zamarynować, ich smak jest wtedy jeszcze intensywniejszy. W takiej postaci można je też rzucić na grilla.

  Puree świetnie dopełni smak boczniaków lub jakiegokolwiek innego wykwintnego dania. Podajcie je gościom, mówię serio. Będą zachwyceni tym, jak delikatny groch komponuje się z intensywnym smakiem pieczonej cebuli.






Składniki na porcję 
kalorie w tabelce dla samych boczniaków i puree, bez kaszy, surówki i kiełków
Boczniaki
  • 6 sztuk boczniaków (świeżych, mięsistych)
  • marynata: sprasowany ząbek czosnku, łyżeczka oliwy, po niewielkim "chluście" sosu sojowego i octu ryżowego, po sporej szczypcie rozmarynu, tymianku i lubczyku
Puree z grochu i pieczonej cebuli
  • szklanka świeżo ugotowanego, gorącego grochu (u mnie zielony niełuskany)
  • 1/2 dużej cebuli
  • odrobina oliwy
  • sól, pierz
  • garść posiekanej pietruszki
I jeszcze
  • ulubiona kasza, surówka i kiełki do podania

Mieszamy składniki na marynatę do boczniaków. Umyte boczniaki układamy na płaskiej tacy i smarujemy z obu stron marynatą. Boczniaki kładziemy blaszkami do góry, polewamy resztą marynaty i zostawiamy na noc w lodówce pod przykryciem.
Pieczemy w 180 stopniach przez 20-25 minut. Jednocześnie pieczemy też 1/2 cebuli, pokrojoną w cząstki i natartą odrobiną oliwy.

Aby przygotować puree, miksujemy gorący groch, upieczoną cebulę, odrobinę soli i pieprzu. Zmiksowaną masę mieszamy z posiekaną pietruszką.
Podajemy upieczone boczniaki i ciepłe puree z ulubioną kaszą, surówką i kiełkami.
Proste, prawda?
Smacznego!








sobota, 8 czerwca 2013

Ostatnio szaleję na punkcie liści rzodkiewki. Kiedy odkryłam, jak smaczne mogą być pod postacią pesto, nie mogłam wyjść ze zdziwienia, że ludzie wyrzucają coś tak pysznego! Same w sobie może nie są zbyt smaczne- nieco włókniste, o intensywnym smaku, lekko "parzące" przez te malutkie rzęski na powierzchni liścia, ale odpowiednio przyrządzone mogą podbić kubki smakowe. To trochę jak z tofu- jeśli nie postarasz się wydobyć z nich walorów, szybko się do nich zniechęcisz i nie będziesz chciał(a) do nich wracać. Wciąż szukam idealnego rozwiązania w sałatkach z ich użyciem, tymczasem odkrywam ich smak na ciepło.

Wystarczy je zblanszować, aby włókna liści zrobiły się przyjemnie miękkie, a parzące właściwości zniknęły. W smaku zaczynają przypominać nieco szpinak lub botwinkę. 
To otwiera drzwi do wielu możliwości. Zdecydowałam się tak przygotowane listki wrzucić do placków, które podałam z najróżniejszymi dodatkami. Było pysznie, będę eksperymentować dalej. Może pora, żebyś też po nie sięgnął?






Składniki na porcję
*kalorie w tabelce dla samych placków bez dodatków
Placki
  • 3-4 porządne garście liści rzodkiewki
  • 1/2 sporej cebuli
  • 1/2 szklanki niesłodzonego mleka roślinnego (u mnie orzechowe)
  • łyżeczka oleju
  • 3 łyżki kaszy jęczmiennej
  • 2 łyżki pełnoziarnistej mąki pszennej lub orkiszowej
  • łyżka otrębów
  • sól, pieprz
  • łyżeczka płatków drożdżowych
  • szczypta gałki muszkatołowej
Do podania
  • sos czosnkowy (majonez z fasoli wymieszany z oregano i sprasowanym czosnkiem)
  • soczewica w pomidorowym sosie z czarnymi oliwkami (3 łyżki czerwonej soczewicy, 100-150g passaty, 2 łyżeczki koncentratu, sól, pieprz, sprasowany ząbek czosnku, suszone zioła i kilka sztuk oliwek pokrojonych w krążki)
  • ulubiona lekka sałatka (u mnie: 2 garści szpinaku, 1/4 papryki, kiszony ogórek, koperek, szczypta pestek dyni, tabasco, ocet jabłkowy, po szczypcie soli i cukru brzozowego)

Liście rzodkiewki blanszujemy- wystarczy wrzucić je do wrzątku na 3-5 minut, a potem przelać zimną wodą i odcisnąć z płynu, następnie lekko przesiekać. Cebulę kroimy drobno i dusimy w niewielkiej ilości płynu do miękkości. W misce mieszamy mleko, olej, cebulę i liście rzodkiewki. Dorzucamy zmieloną na miałko kaszę, mąkę, otręby, doprawiamy solą, pieprzem, płatkami drożdżowymi i gałką. Mieszamy całość. Smażymy na suchej, rozgrzanej patelni ceramicznej lub teflonowej z obu stron, na minimalnie rozkręconym gazie.

Podajemy od razu z sosem czosnkowym, soczewicą w sosie i sałatką.

Soczewicę zrobiłam bardzo prosto- przepłukane ziarna ugotowałam w dwa razy większej ilości wody, aż stała się miękka. Dodałam resztę składników, pogotowałam jeszcze chwilę i gotowe. Polecam podać obok placków tak jak na zdjęciu, w kokilce lub jakimkolwiek innym naczyniu- je się dużo przyjemniej i estetyczniej.

Smacznego!










Ostatnio motywuję się do częstszego uprawiania sportu i ogółem większego dbania o siebie. W okresie nauki do matury mocno się zaniedbałam. Staram się teraz ćwiczyć regularnie, zwłaszcza że dociera do mnie mnóstwo inspiracji, które motywują tak, że nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się z codziennej dawki fizycznego zmęczenia.
Przyznam- miewałam złe samopoczucie w trakcie roku szkolnego i zastanawiałam się, czy nie robię czegoś nie tak w swoim odżywianiu. Owszem, popełniałam sporo błędów (cukier, oleje, smażenie...), ale przede wszystkim moje ciało domagało się ruchu.
Jestem typem osoby, która naprawdę uwielbia ćwiczenia, ale ma problem z organizacją oraz czasem leniwy tyłek, który ciężko ruszyć. Wiem jednak, że jak już zacznę ćwiczyć, to robi się fajnie (przepraszam za użycie tego nieliterackiego słowa).

Źródło:
 http://pl.wikipedia.org/wiki/Patrik_Baboumian
Może tytuł błędnie sugeruje, że chcę podzielić się z wami jakimiś radami- niestety nie mogę pochwalić się rozległą wiedzą na ten temat. Podzielę się jednak kilkoma inspiracjami, przekażę trochę pozytywnej energii- może choć jedna osoba poczuje, że też chce włożyć natychmiast sportowe buty i wybiec na dwór, by dostarczyć sobie dawkę endorfin.


    Po pierwsze: ktoś jeszcze nie słyszał o Patriku Baboumianie? Nie wierzę, by ktoś jeszcze nie znał tego nazwiska. Oglądałam kilka reportaży na jego temat. Jeden z bardziej pozytywnych to np. ten (klik).
    Wrażenie robią nie tylko jego osiągnięcia sportowe, ale przede wszystkim osobowość. To bardzo pozytywny człowiek, który pokazuje innym, że życie według własnych przekonań nie jest żadnym wyrzeczeniem, ale czymś naturalnym. Udowadnia też, że na diecie wegańskiej można utrzymywać dobre wyniki w sporcie, a nawet je poprawić. Bardzo chciałabym go kiedyś spotkać albo zobaczyć na żywo podczas jakichś zawodów. I pisze to osoba, która generalnie nie lubi oglądać sportu!


    Kolejna osoba, zdecydowanie mniej znana na świecie, jednak nieco znana w blogosferze- Michalina Chwalisz. Zobaczcie jej bloga. Dziewczyna dopiero idzie do liceum, a weganką jest już od jakiegoś czasu. Ćwiczy regularnie, nawet przy nawale nauki, czego ja nie potrafiłam z siebie wykrzesać. Pisze ciekawe posty o prostych roślinnych posiłkach dla aktywnych, a ostatnio też o książkach na temat sportu wśród wegan- koniecznie muszę przeczytać "Thrive"! Ćwiczy jogę z takim zacięciem, że aż mi się robi wstyd.


    Bardziej znana osoba z blogosfery: BellaBlumchen z Mad Tea Party. Jest bardziej podobna do mnie- typ figury skinny fat, niewiele mięśni, czasem miewa chwile zwątpienia i łapie lenia, ale szybko staje na nogi, zdeterminowana do dalszej pracy nad sobą. Nie mówię tu o byciu perfekcjonistką, o zmuszaniu się do ćwiczeń- czytając jej posty mam wrażenie, że ona czuje radość z tego, co robi. I tego też wam życzę: nie ćwiczcie dlatego, że przytyjecie jak nie spalicie kalorii. Ćwiczcie, bo to przyjemne! Trzeba czasem trochę się postarać, aby tę przyjemność odnaleźć, nauczyć się ją odczuwać. Warto. 

    Inspirujących osób jest oczywiście o wiele więcej, ale te ostatnio najbardziej na mnie wpływają. Ogromny wpływ na moje postrzeganie zdrowego odżywiania ma też "The China Study", w którym się zaczytuję. O tej książce będzie jednak osobny post. Łatwiej przychodzi mi dzięki niej ograniczenie cukru do minimum, jedzenie większej ilości surowych warzyw, mniejszej ilości produktów mącznych, ograniczanie olejów (extra vergine są ok, ale zawsze lepsze będą pestki dyni).

    Mogę dać jedną, jedyną radę: jeżeli chcesz ćwiczyć i dbać o siebie poprzez zdrowe odżywianie, zmień swój sposób myślenia. Trzeba tego naprawdę chcieć. Postrzegać to w kategoriach niezbędników dla naszego ciała, jak np. codzienna higiena. Nie jest to łatwe, ale jeśli spróbujesz- po pewnym czasie takie się stanie.



    Akcja Ogryzek - kreatywne wykorzystanie resztek!

    wtorek, 4 czerwca 2013

    Dawno nie publikowałam przepisów na słodkości, zwłaszcza te śniadaniowe. Kiedyś szalałam na punkcie śniadań, dzisiaj cała moja kreatywność kieruje się na obiady i kolacjowe sałatki. Mam teraz wakacje, poranki są leniwe, więc śniadania też mogą takie być. Dziś rano postawiłam na śniadaniowy wypiek.

    Śniadania z piekarnika chyba najdłużej każą na siebie czekać, ale warto czasem poświęcić chwilę na przygotowanie, wstawić takie cudo do piekarnika, w trakcie pieczenia wziąć prysznic, a potem zajadać się niecodziennym smakołykiem.

    Quinoa jadam rzadko ze względu na cenę, ale czasem nie mogę się powstrzymać, żeby nie kupić paczuszki tych ziarenek. Jest pyszna zarówno na ostro, jak i na słodko. Wciąż miałam też w zamrażarce puree z dyni robione jesienią, połączyłam je więc z truskawkami jako dodatek.

    O matko o matko o matko, jutro powtórka!






    Składniki na porcję
    Wypiek
    • 4 łyżki quinoa
    • ok. szklanka mleka orzechowego (u mnie z brazylijskich)
    • 1/2 laski wanilii
    • łyżeczka ksylitolu
    • czubata łyżeczka masła orzechowego
    • cynamon
    • czubata łyżka zmielonego siemienia lnianego
    • 1-2 łyżki otrębów (aby danie było bezglutenowe można użyć otrębów ryżowych)
    • olej do wysmarowania formy
    Sos dyniowo-truskawkowy
    • szklanka puree z dyni (gotowanej lub pieczonej)
    • 2 duże garści truskawek
    • ewentualnie odrobina ksylitolu do smaku

    Komosę dokładnie płuczemy i zalewamy w garnku mlekiem orzechowym, zostawiamy na noc do namoczenia w lodówce. Dodajemy ziarenka wydłubane z 1/2 laski wanilii i pustą laskę. Gotujemy, aż quinoa zmięknie i zwiększy objętość, mieszając od czasu do czasu. Pod koniec gotowania dodajemy ksylitol, masło orzechowe i cynamon, dokładnie mieszamy i wyciągamy laskę wanilii. Zdejmujemy komosę z gazu.

    Do gorącej komosy dodajemy łyżkę zmielonego siemienia lnianego, mieszamy dokładnie i odstawiamy na 5 minut. Dodajemy otręby, ponownie mieszamy. Do natłuszczonej formy przekładamy masę i wyrównujemy powierzchnię. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na jakieś 25-30 minut.

    Składniki na sos miksujemy.

    Gotowy wypiek wyciągamy delikatnie na talerz- najlepiej podważyć nożem brzegi wypieku, a potem obrócić do góry nogami formę i popukać w dno. Jeżeli trochę się zdeformuje- można go łatwo przywrócić do pożądanego kształtu nożem. Polewamy sosem i jemy na ciepło. Sosu oczywiście jest ze sporą nadwyżką, resztę polecam wypić jak koktajl. :)

    Smacznego!








    Weganimy ZDROWO!