niedziela, 14 lipca 2013

"Miso-shiru (jap. 味噌汁 zupa miso?) – tradycyjna japońska zupa, spożywana w Japonii praktycznie codziennie jako dodatek do posiłków (również na śniadanie). Sporządzana jest na bazie "dashi" z dodatkiem pasty sojowej zwanej miso oraz wielu innych składników, zależnie od regionu i osobistych upodobań. Szczególnie często dodaje się tofu, ryby oraz wodorosty wakame. Według tradycji japońskiej te dodatkowe składniki zupy powinny odzwierciedlać aktualną porę roku, wykorzystuje się więc sezonowe warzywa i ryby. (...)
W skład miso-shiru często wchodzą takie składniki jak: grzyby, ziemniaki, wodorosty, cebula, krewetki, ryba czy też poszatkowana rzodkiew Daikon. W miso-shiru znaleźć można niemal każdy typowo japoński składnik."
źródło: Wikipedia

Wychodzi więc na to, że składniki zupy Miso można modyfikować ze względu na sezon oraz osobiste upodobania. W wersji wegańskiej oczywiście trzeba zrezygnować z dashi (bulion na bazie ryb i wodorostów), ryb czy krewetek. Dodatek glonów wystarczy jednak, aby uzyskać rybno-morski posmak.

Użyłam tu jasnej pasty miso shiro w dosyć dużej ilości, przy ciemniejszym miso może być konieczna redukcja tego składnika. Modyfikujcie przepis- dodawajcie różne rodzaje wodorostów, pasty miso, grzybów azjatyckich i warzyw, aby znaleźć swoją ulubioną wersję.

Chociaż to moja pierwsza zupa Miso, to już wiem, że ją pokochałam i będę robić częściej w różnych wariacjach.






Składniki na ok. 6 porcji
  • ok. 1,5-2 litry bulionu warzywnego
  • 2 spore marchewki
  • cebula
  • po sporej garści fasolki szparagowej zielonej i żółtej
  • 6 bardzo dużych różyczek kalafiora
  • ok. 15g suszonych glonów wakame
  • 4 czubate łyżki pasty miso shiro
  • 3 łyżki ciemnego sosu sojowego
  • średniej grubości plasterek imbiru
  • do podania: sok z cytryny, pieprz, wędzone tofu (podsmażone na odrobinie oleju lub podgrzane na suchej patelni), drobny makaron sojowy, pietruszka lub kolendra
Glony moczyć w wodzie 10 minut, odcedzić. Marchewki obrać, umyć i pokroić w słupki. Cebulę obrać i pokroić w cienkie cząstki. Fasolkę oczyścić i podzielić strączki na mniejsze części. Kalafiora podzielić na malutkie kawałeczki. Glony, marchew, cebulę, fasolkę, kalafiora wrzucić do gorącego bulionu. Ponownie doprowadzić do wrzenia, skręcić gaz. Gotować ok. 20-25 minut (sprawdzając miękkość warzyw). 5 minut przed końcem gotowania dodać rozrobioną w odrobiną wody pastę miso, sos sojowy i starty drobno imbir, wymieszać. Podawać gorącą z makaronem sojowym, podsmażonym lub podgrzanym na sucho wędzonym tofu, sokiem z cytryny, pieprzem i pietruszką lub kolendrą.
Smacznego!









Weganimy ZDROWO!


W sobotę, czyli wczoraj, ruszyła akcja! A ja miałam dostawać powiadomienia o każdym dodanym wpisie... Już się biorę za moderację. ☺



Pokochaj tofu

środa, 10 lipca 2013

Z tej fasolki szparagowej miały być zwykłe kotleciki, ale gdy otworzyłam lodówkę moja wyobraźnia zaczęła pracować intensywniej. Tak oto powstały te sakiewki w azjatyckim stylu- aromatyczne, o bogatym smaku, nadające się zarówno jako danie główne w towarzystwie brązowego ryżu, jak i przystawka, np. w towarzystwie jakiegoś delikatnego sosu.






Składniki na 6 sakiewek, czyli ok. 2 porcje
  • po 2 garści fasolki szparagowej zielonej i żółtej
  • średni ząbek czosnku
  • średniej grubości plasterek imbiru
  • pieprz
  • mielona kolendra
  •  spora szczypta cukru brzozowego
  • 2 płaskie łyżki pasty miso shiro
  • odrobina soku z limonki
  • garść świeżej natki pietruszki
  • łyżka mielonego siemienia lnianego
  • 3 płaty z glonów nori
  • jasny sos sojowy, syrop z agawy i woda w równych proporcjach do smarowania glonów
  • sok z limonki i sezam do podania
Fasolkę oczyszczamy, myjemy i gotujemy na parze ok. 20 minut. 2/3 mielimy w maszynce do mielenia mięsa (ha ha!), resztę kroimy drobno. Mieszamy wszystko razem. Dodajemy sprasowany czosnek, starty drobno imbir, pieprz, kolendrę, cukier brzozowy, pastę miso, sok z limonki, posiekaną pietruszkę i siemię lniane. Mieszamy dokładnie.
Płaty z glonów nori tniemy nożyczkami na równe połówki. Za pomocą pędzelka smarujemy pół płata mieszaniną sosu sojowego, syropu z agawy i wody, nakładamy czubatą łyżkę farszu, rozsmarowujemy i zwijamy (w sposób podobny do zwijania krokietów). Czynność powtarzamy ze wszystkimi połówkami płatów.
Układamy wszystkie sakiewki w formie silikonowej (lub żaroodpornej wyłożonej papierem do pieczenia) i smarujemy mieszaniną sosu sojowego, syropu z agawy i wody wierzch każdej sakiewki.
Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 10-15 minut (chyba, że wolicie takie smakołyki przypieczone- wtedy radzę zwiększyć nieco temperaturę).
Podajemy na ciepło, skropione sokiem z limonki i posypane sezamem,
Smacznego!







A oto, co moja mama przywiozła córce wegance z Augsburga.






Jak widzicie, jest sporo fake-meatów.
Dostałam: 3 kostki tofu wędzonego Alnatura, kostkę tofu wędzonego z ziołami, 2 wielkie kostki naturalnego tofu Taifun, 2 kostki bio Alsana, parówy Taifun, Bauern Knacker i Chorizo marki Wheaty (to ta duża kiełba), gotowe kotleciki, burgery, gulasz i jogurciki Sojade-truskawkowy, malina-marakuja i jagodowy- już zjedzony.
Zakupy zostały zrobione w Alnaturze koło Augsburga i najbardziej shitowym Aldi. Z relacji mojej mamy ten supermarket wyglądał naprawdę zadupiasto, a całkiem sporo w nim znalazła. Denerwujące- ja nawet się nie łudzę, że tego rodzaju produkty w najbliższej przyszłości byłyby możliwe do kupienia w polskiej Biedronce...

Mogłabym żyć bez takich wegańskich gotowców i na co dzień ich nie jadam, ale czasem lubię spróbować czegoś nowego.
A wy jaki macie stosunek do gotowych wegańskich produktów? Lubicie?



Weganimy ZDROWO!

poniedziałek, 8 lipca 2013

Wczorajszy obiad był kompletnie pozbawiony ducha książki "Widelec zamiast noża"- nie mam bowiem zamiaru zupełnie rezygnować z oleistych potraw. Za bardzo lubię np. indyjskie przysmaki lub wegańskie fast-foody. Oczywiście, można w nich ograniczać użycie olejów (i ja to robię), ale wciąż będzie ich dużo za dużo jak na odpowiednią do spożycia ilość.

P. był raz ze mną w olsztyńskim Green Wayu (często bywamy w Olsztynie, bo dojazd tani i jest tam co robić, ale zjeść możemy tylko tam). Zamówił sobie podobnego gyrosa. Był zachwycony, ale mnie on kompletnie nie smakował- w ogóle nie doprawiony, jakiś taki rozklapciały i w wersji wegańskiej z sosem ketchupowym zamiast czosnkowego. Ten sos w zupełności mnie rozwalił. Nie można zrobić sosu czosnkowego z czegoś innego, niż jogurt?

Nieważne. Ważne, że dostawałam prośby o takiego właśnie gyrosa. Nie odtworzyłam go kropka w kropkę, bo też chciałam mieć przyjemność z jego jedzenia i podzielić się z Wami przepisem na coś, co uważam na smaczne. Wyszło mi. ☺

Marynatę do gyrosa skomponowałam sama w oparciu o skład gotowych mieszanek oraz przepisy z internetu (najbardziej sugerowałam się tym).
Jeżeli chcecie zrobić wegańskiego gyrosa w domu, polecam: nie kupujcie gotowych mieszanek przypraw. Zdarzają się naprawdę aromatyczne i naturalne w składzie, ale samodzielnie skomponowana mieszanka przypraw daje większe możliwości modyfikacji składników, tak, aby dać upust swoim upodobaniom. Ponadto, gyrosa zrobionego z kotletów sojowych lepiej piec niż smażyć, nie tylko ze względu na redukcję tłuszczu. Po prostu jest wtedy smaczniejszy- paseczki kotletów pozostają jędrne i apetycznie się przypiekają.


Biadoliłam ostatnio nad moimi zdjęciami, tym razem nie będę. Pierwsze zdjęcie z użyciem blendy i bardziej kontrolowanym operowaniem ustawieniami lustrzanki- nie jest źle! Kolory wyszły żywe z natury, nie musiałam ich poprawiać w żadnym programie graficznym. Będę się dalej starać, aby osiągać coraz lepsze efekty, kombinować z kompozycją. Mam nadzieję, że w ten sposób jeszcze bardziej zachęcę Was do jedzenia takich pyszności. ☺






Składniki na 2 porcje
  • 130g suchych kotletów sojowych
  • łyżeczka słodkiej wędzonej papryki
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryki
  • niepełna łyżeczka nasion kminu rzymskiego- zmielić
  • łyżeczka oregano
  • 1/2 łyżeczki tymianku
  • łyżeczka mielonej kolendry
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 2 duże ząbki czosnku (zgnieść)
  • 1/2 średniej cebuli (posiekać w paseczki)
  • ciemny sos sojowy- chlust
  • ew. odrobina soli
  • 2 łyżki oleju
Kotlety sojowe gotujemy w bulionie warzywnym z dodatkiem sosu sojowego wg instrukcji na opakowaniu (jeżeli na opakowaniu jest napisane "moczyć"- i tak gotujcie, bo będą twarde). Kotlety powinny być miękkie, ale lepiej, żeby się nie rozpadały. Jeżeli jednak nieco się rozgotują- nie szkodzi, pieczenie je nieco podsuszy i przywróci prawidłową strukturę.
Osączone, ostudzone kotlety kroimy w paski.
W misce mieszamy sypkie przyprawy, dodajemy rozgnieciony czosnek i pokrojoną cebulkę, sos sojowy, olej, ewentualnie sól (tę można dodać tuż przed pieczeniem, jeśli po spróbowaniu całość wyda się za mało słona), mieszamy. Dodajemy pokrojone kotlety sojowe i mieszamy delikatnie, aby nie rozwalić kawałków. Wszystko powinno być dokładnie utytłane w przyprawach.
Wstawiamy gyrosa do lodówki pod przykryciem na co najmniej 4 godziny, a najlepiej na całą noc.
Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Wykładamy kawałki gyrosa (razem z cebulką) na papier do pieczenia tak, aby wszystkie miały wolną przestrzeń- lepiej się wtedy przypieką. Pieczemy ok 15-17 minut. W międzyczasie możemy przerzucić kawałki na drugą stronę, aby opiekły się bardziej równomiernie.


Podajemy z ulubionymi dodatkami. Na pewno warto zrobić do gyrosa lekką sałatkę z beztłuszczowym sosem (u mnie z soku z limonki, tabasco i syropu z agawy ze szczyptą soli) oraz dobry sos czosnkowy. W wersji niskotłuszczowej można zrobić taki sos z tofu zmiksowanego z odrobiną mleka roślinnego, do tego rozgnieciony czosnek, sól, pieprz, zioła. U mnie akurat widać sos czosnkowy z ciecierzycy i niezupełnie udanego sojanezu.
Najbardziej lubię gyrosa z ryżem brązowym, ale w Green Wayu między sojowymi kawałkami przewijały się paski marchewki. Podałam go więc z marchewkowymi frytkami z piekarnika (7 sporych marchewek, sos sojowy, tymianek, łyżeczka oleju).

Smacznego!








"Widelec zamiast noża"- dość popularna książka o zaletach diety roślinnej. Wiele osób ją poleca, więc i ja postanowiłam ją zakupić i przeczytać.


 Całość utrzymana jest w podobnym duchu, jak "Nowoczesne zasady odżywiania"- pojawiają się tam nawet wypowiedzi Colina Campbella. Książka nie skupia się jednak jedynie na zaletach zdrowotnych diety roślinnej. Podzielona jest na trzy części: "Świat diety roślinnej" (o zaletach zdrowotnych, korzyściach dla zwierząt i dla środowiska płynących z diety wegańskiej), "Nisko przetworzona dieta oparta na produktach roślinnych" (zawiera praktyczne porady dla początkujących- jak robić zakupy, jak przetrwać okres przejściowy itp.) oraz najobszerniejsza część przepisowa.
W porównaniu z "The China Study" publikacja jest dużo mniej szczegółowa jeśli chodzi o wyjaśnienie "dlaczego właśnie weganizm", co jest dobre dla osób niezorientowanych w temacie. Kogoś komu obca jest idea weganizmu nie powinno się przytłaczać nadmiarem informacji. Autorzy najdłużej zatrzymują się przy zaletach zdrowotnych, co też jest- moim zdaniem- dobrym zabiegiem. Korzyści własne, niestety, łatwiej zainteresują przeciętnego Kowalskiego.  Ogólnie rzecz biorąc, dociekliwi będą czuli niedosyt, osoby poza tematem mogą być zszokowane informacjami popartymi dowodami, które kłócą się z powszechnym postrzeganiem tego, co zdrowe.
Jestem weganką dopiero rok, gdybym więc nie czytała wcześniej "The China Study"- czułabym niedosyt.
Najbardziej zachwyciła mnie więc część przepisowa.
W przeciwieństwie do tych w "Wegańskiej bogini", nie obfitują one w drogie, przetworzone gotowce wegańskie- niemalże wszystkie bazują na składnikach naturalnych. W żadnym przepisie nie znajdziecie grama oleju czy margaryny, cukier też nie rzucił mi się w oczy. Jest za to dużo warzyw, owoców, ciekawych przypraw. Czasem niestety trudno niektóre z nich dostać lub są drogie (dużo batatów lub np. miso), ale i tak większość przepisów da się mniej lub bardziej wiernie odtworzyć w polskich realiach. Na blogu chwaliłam się już bezoliwnym "pesto" z avocado i miso shiro oraz tartą na spodzie z orzechów włoskich i daktyli. Jest tam też mnóstwo pomysłów na oryginalne, beztłuszczowe dressingi do sałatek, pieczone ziemniaki bez tłuszczu, beztłuszczowe muffinki z puree z batatów, które dzięki niemu podobno pozostają wilgotne!
Przepisami jestem więc naprawdę zauroczona i dlatego mogę polecić tę książkę każdemu, nawet temu, kto wie więcej o wegańskim stylu życia- dla samych przepisów. ☺


Na koniec zapraszam Was do wzięcia udziału w akcji "Weganimy ZDROWO!" na Vegespocie. Ruszamy w tę sobotę! Gotujemy i pieczemy w myśl nowoczesnych zasad zdrowego odżywiania- czyli roślinnie, bez chemii, wysoko przetworzonych produktów, cukru, olejów (lub z minimalną ich ilością), ale za to pełnoziarniście, warzywnie i owocowo. ☺
Pełen opis zasad akcji- klik w banner!
Mam nadzieję, że do mnie dołączycie i będziecie się dobrze bawić!



Weganimy ZDROWO!

sobota, 6 lipca 2013

Jest tak gorąco, a ja wam jeszcze serwuję curry. Ostre i rozgrzewające. Robiłam je co prawda jakiś czas temu, kiedy upały nie dawały jeszcze tak o sobie znać.

Chodziło mi po głowie jakieś nietuzinkowe danie z bobu. Uwielbiam to letnie warzywo i co roku na nie czekam z niecierpliwością. Wpadł mi do głowy pomysł na bobowe curry. Być może nie jestem pierwsza, ale nigdzie takiego zastosowania dla bobu nie widziałam.

Jest pyszne- ostre, choć mleko kokosowe łagodzi jego smak. Bób to istna gwiazda tego dania, doskonale komponuje się ze wszystkimi składnikami.

I tylko zdjęcia mi nie wyszły zbyt dobrze, ale mam nadzieję niedługo to zmienić. ☺ Śledzący mnie na facebooku znają moje postanowienie- robić lepsze zdjęcia na bloga i w ogóle. W tym celu uparcie się edukuję w zakresie fotografii, zwłaszcza kulinarnej.

Znalazłam bardzo fajny poradnik- klik.
Rzadziej będę też robić zdjęcia na parapecie, bo zrobiłam sobie prowizoryczną blendę wg tej instrukcji, dzięki czemu cienie na zdjęciach robionych na stole nie będą tak ostre.

Edit: Są nowe zdjęcia- P. prosił o powtórkę curry!








Składniki na 2 porcje
  • cebula
  • niewielki kawałek pora (biała część)
  • 1/2 łyżeczki kminku
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • 2 spore marchewki
  • 2 średnie pomidory (obrane ze skóry lub nie)
  • łyżka koncentratu pomidorowego
  • 5 garści bobu
  • łyżeczka czerwonej pasty curry (naprawdę wystarczy)
  • 4 łyżki gęstego mleka kokosowego + ew. jeszcze niewielki chlust
  • kolendra
  • gałka muszkatołowa
  • cienki plasterek imbiru
  • sól
  • do podania: brązowy ryż, sok z cytryny lub z limonki,  pietruszka




Bób myjemy, wrzucamy do wrzątku, skręcamy gaz. Gotujemy 10 minut, osączamy na sitku. Po ostygnięciu łuskamy. 

W rondelku rozgrzewamy niewielką ilość wody. Wrzucamy posiekaną cebulę i pora, dodajemy kminek i kumin, mieszamy. Dusimy na niewielkim ogniu ok. 5 minut. Dorzucamy obraną, umytą i pokrojoną w cienkie plasterki marchew. Dusimy pod przykryciem przez ok. 10-15 minut. 
Pomidory parzymy i obieramy lub nie (jeżeli skórki nam nie przeszkadzają), kroimy w kostkę i dodajemy do całości. Dusimy, aż pomidory puszczą sok, a płyn z całości dania się zredukuje. Dodajemy koncentrat i bób, mieszamy.

Mieszamy 4 łyżki gęstego mleka kokosowego z łyżeczką czerwonej pasty curry. Podgrzewamy na patelni, cały czas mieszając, aż mieszanina zacznie intensywnie pachnieć. Dolewamy do curry, doprawiamy kolendrą, gałką i drobno startym imbirem, solą, mieszamy. Jeżeli danie wydaje się za suche, dolewamy jeszcze trochę mleka kokosowego.

Podajemy gorące z ryżem, sokiem z cytryny lub limonki i pietruszką.

Smacznego!







Weganimy ZDROWO!

czwartek, 4 lipca 2013

Kolejny przepis z książki "Widelec zamiast noża", oczywiście odpowiednio zmodyfikowany. Właściwie najsilniej trzymałam się proporcji spodu- zmieniłam tylko różne rodzaje orzechów na jeden i dodałam nieco siemienia lnianego. Wypełnienie to już moja własna improwizacja- bardzo prosta, ale niezwykle pyszna.

Za pierwszym razem spód wyszedł mi perfekcyjny (smakował snickersowo), za to nie pomyślałam o agarze jako usztywniaczu w kremie z nerkowców i truskawek. W efekcie ciasta nie dało się kroić na zgrabne kawałki, krem rozpływał się na boki. Mimo to smakowało to tak dobrze, że dostałam od P. zamówienie na powtórkę. Tym razem dodałam niewielką ilość agaru, aby ciasto trzymało się kupy. Mimo to krem pozostał miękki i rozpływający się w ustach. Można się upierać, ze to sernik na zimno, dla mnie to tarta. Sernik, jak na mój gust, powinien być nieco twardszy po schłodzeniu.

Truskawki już się kończą. Jeżeli nie załapiecie się na nie, aby zrobić to cudo- można je spokojnie wymienić na maliny czy jagody, jednak w nieco mniejszej ilości niż w przepisie (mają chyba trochę więcej płynu w sobie i więcej się ich mieści w szklance).

To jedno z lepszych ciast, jakie zrobiłam kiedykolwiek. Serio.







Składniki na małą, okrągłą formę (mniejszą, niż przeciętna mała tortownica)
Spód
  • szklanka suszonych daktyli
  • szklanka orzechów włoskich
  • 3 łyżki mielonego siemienia lnianego
Krem
  • 200g orzechów nerkowca (namoczyć na noc)
  • 2 szklanki średnich truskawek
  • 4 czubate łyżki cukru brzozowego, ew. więcej jeśli lubicie mocno słodkie ciasta
  • 3/4 szklanki mleka roślinnego (najlepiej rzadkiego kokosowego)
  • 2 czubate łyżki agaru

Sprawdzamy, czy daktyle są dobrze wypestkowane. Jeżeli są bardzo suche i twarde (jak np. te z Tesco), to moczymy je w letniej wodzie przez jakieś 10-15 minut. Miksujemy je w mocnym rozdrabniaczu razem z orzechami. Jeśli macie rozdrabniacz o małej pojemności (jak mój), możecie najpierw rozdrobnić orzechy, a potem daktyle i połączyć je ze sobą w misce. Dodajemy do masy siemię lniane i zagniatamy. Powinna wyjść w miarę zwarta masa, nie klejąca się do rąk. Formę smarujemy odrobiną oleju kokosowego/margaryny i wysypujemy mielonym siemieniem lnianym. Wylepiamy formę ciastem tak, aby powstał spód do tarty. Wkładamy pod przykryciem do lodówki.



Aby przygotować krem, miksujemy na gładko namoczone, osączone i opłukane nerkowce, truskawki i ksylitol. Przy słodzeniu kremu trzeba pamiętać, że spód już jest piekielnie słodki, radzę nie przesadzać. W garnuszku mieszamy mleko i agar, gotujemy na małym ogniu nie przerywając energicznego mieszania, aż całość zgęstnieje. Dolewamy powoli agar z mlekiem do kremu, cały czas miksując całość robotem kuchennym. Szybko przelewamy krem do formy, wypełniając spód (nie szkodzi, jeśli wyjdzie trochę ponad poziom ciasta, ewentualnie możemy resztę wyjeść, jeśli coś zostanie). 



Możemy przybrać ciasto truskawkami od razu, lekko wciskając je w masę, ale nie polecam tego- trudniej się później kroi. Wkładamy ciasto do lodówki pod przykryciem na minimum 3-4 godziny, a najlepiej na noc.

Jeśli ciasto nie zostało wyłożone truskawkami wcześniej- podajemy je ze świeżymi truskawkami lub innymi letnimi owocami.

Smacznego!







LET'S EAT STRAWBERRIESWeganimy ZDROWO!

poniedziałek, 1 lipca 2013

Pomysł pochodzi z książki "Widelec zamiast noża" (o której szerzej napiszę już wkrótce). Gdy uświadomiłam sobie, jak wiele spożywam olejów i oliwy (i jak niewiele wartości ma tłuszcz roślinny pod taką postacią), zaczęłam się zastanawiać nad bezoliwnym pesto. Jak je zrobić, aby miało kremową konsystencję bez użycia dodanych tłuszczów? Myślałam, że to niemożliwe. 

Kiedy przeczytałam we wspomnianej książce przepis na pesto z rukoli, plasnęłam się w czoło. Że też na to nie wpadłam- avocado! Nadaje ono genialnej konsystencji, choć lżejszej, niż przy użyciu oliwy. Najbardziej nietypowym dodatkiem w całym przepisie jest jednak... miso. Podchodziłam do tego sceptycznie, ale nie czuć go wyraźnie w całości. Nadaje ono dużo głębszego smaku, warto zaryzykować!

Przepis jest oczywiście nieco zmodyfikowany- zamiast rukoli, szpinaku i pietruszki użyłam samej pietruszki, a ziarna konopne wymieniłam na pestki dyni. Bazując na tym przepisie możecie zrobić swoje ulubione pesto w wersji bez oliwy. Indżoj!







Składniki
  • 1/2 średniego awokado
  • 3 pęczki pietruszki (około)
  • 2 ząbki czosnku
  • łyżka jasnego miso (u mnie miso shiro)
  • ok. 1/4 szklanki chłodnego wywaru warzywnego, ewentualnie wody
  • 1/3 szklanki pestek dyni
  • łyżeczka płatków drożdżowych
  • pieprz
  • sok z cytryny (odrobina)
Pestki dyni prażymy w piekarniku w 140 stopniach przez ok. 15 minut, aż lekko zbrązowieją i zaczną intensywniej pachnieć.
W dobrym blenderze miksujemy wszystkie składniki tak, aby wyszło pesto niezupełnie gładkie, z niewielkimi grudkami.
Przechowujemy w lodówce pod przykryciem, skropione dodatkową ilością soku z cytryny (nie będzie tak łatwo ciemnieć).
Ze względu na brak oliwy, należy zjadać je szybciej, niż tradycyjne pesto (z tym chyba nie będzie problemu ☺).
Jeżeli nie macie miso, możecie po prostu doprawić pesto solą i ew. gałką, dodać nieco więcej płatków drożdżowych.
Jemy z ciepłym makaronem, na kanapkach, w sałatkach, albo z zupą.

Smacznego!







Weganimy ZDROWO!