środa, 31 grudnia 2014

Piszę z lekkim poślizgiem, ale nie z lenistwa (no dobra, może trochę). Po prostu pomyślałam, że połączę temat minionych Świąt z dzisiejszym Sylwestrem, ogólnym podsumowaniem i celami noworocznymi.

Co jadłam w Święta?
Tym razem nie było takiej obfitości dań jak w zeszłym roku, postawiłam na większy minimalizm. Mimo to ciężko było mi to wszystko przejeść razem z moją rodziną.






Roślinna część stołu wigilijnego. Barsz z kapustno-grzybowymi pierogami, pasztet z poprzedniego posta, seleryba po grecku ("ryba" będąca wypadkową przepisów Otwartych Klatek i Jadłonomii), tradycyjna sałatka z okropnym niemieckim wegańskim majonezem. Liczne marynaty nie załapały się na zdjęcie.






"Sernik" z kaszy jaglanej przekładany masą makową. Chciałam zrobić o nim oddzielny wpis, ale zbyt wiele było w nim do poprawki. Na pewno będę jeszcze eksperymentować z wersją podstawową. Był bezcukrowy, tylko masa makowa posłodzona syropem z agawy.







Dzisiaj idę do koleżanek jeszcze z czasów gimnazjalnych- dlatego jeszcze trochę rozpustnie... Drożdżowe rogale z nadzieniem z domowej nutelli. Niestety ich uroda pozostawia wiele do życzenia, nie umiem zwijać ładnych rogali. Są za to naprawdę smaczne! Ciasto od MniuMniu (dałam mleko kokosowe wymieszane z sojowym i margarynę wymieniłam na olej, ciasto pół na pół z razowej orkiszowej i białej).


Wiele wydarzyło się w 2014 roku- zarówno dobrych, jak i bardzo stresujących rzeczy. Ukończyłam pierwszy rok studiów, pracowałam, wzięłam udział w moim pierwszym organizowanym biegu i pobiłam rekord życiowy na 10 km. Zaczęłam chodzić na pole dance i pokochałam ten sport. Jednocześnie przechodziłam przez gorsze stany psychiczne i fizyczne, z których udawało mi się jakoś wyjść. Nie było różowo, wiele okoliczności dało mi nieźle w kość.







Mam wiele celów na ten rok. Właśnie celów, nie postanowień. Tu podam tylko kilka.

1. Ukończyć drugi rok studiów bez żadnych poprawkowych egzaminów; doprecyzować swoje zainteresowania względem pracy licencjackiej.
Mam wrażenie, że trochę się gubię na swoich studiach. Pokłady pasji, które miałam na pierwszym roku, gdzieś ze mnie uleciały. Muszę na nowo je znaleźć.

2. Pracować dorywczo. Nikt się za mnie nie nauczy samodzielności.

3. Trzymać odpowiednią wagę i skończyć raz na zawsze z kompulsywnym zajadaniem stresu. Tak tak, do dzisiaj nie udało mi się tego całkowicie zwalczyć.

4. Dalej ćwiczyć regularnie, poprawić elastyczność, siłę i wytrzymałość mięśni. Chcę stawać na głowie bez pomocy ściany, stawać na rękach, robić szpagaty, giąć się do tyłu, robić prawdziwe pompki, podciągać się na drążku. Robić postępy w tańcu na rurze, nabyć trochę gracji w ruchach.

5. To może się wydać śmieszne, ale... chcę się pozbyć cellulitu! Ta przypadłość ciągnie się za mną od dziecka. Nigdy nie miałam samozaparcia, aby przez dłuższy czas regularnie stosować na to jakieś zabiegi.

6. Zrobić sobie jeden nowy tatuaż i co najmniej kilka kolczyków. Te cele wymagają jedynie zgromadzenia funduszy. Na kolczykowanie idę już w styczniu, a tatuaż planuję na lewym przedramieniu.

7. Rysować coś raz w tygodniu, dla samej przyjemności z rysowania. Choćby gwoździe z nieba leciały.


Bawcie się dziś dobrze, nie upijajcie się za mocno i nie strzelajcie w Sylwestra, bo Sylwester strzeli w Was! Najlepszego!



Źródło: klik




środa, 24 grudnia 2014

Świąteczne pasztety królują chyba na wszystkich wegańskich blogach. Ja też chciałam jakiś zrobić, tym razem sama, bez żadnego zapożyczonego przepisu.

Tylko raz w życiu robiłam pasztet z przepisu Jadłonomii. Mimo to najadłam się ich w swoim życiu bardzo dużo. Musicie wiedzieć jedno- moja mama jest mistrzynią wegańskich pasztetów. Nie korzysta z żadnych przepisów, sama komponuje składniki i odmierza je na oko. W ten sposób stworzyła już kilka mistrzowskich dzieł, które mam zamiar kiedyś odtworzyć, np. pasztet paprykowy z ciecierzycy albo grzybowy z ziaren soi.

Tworząc moją własną kompozycję skorzystałam więc z doświadczenia Marty, ale przede wszystkim radziłam się mojej mamy.

Nie wdawałam się tym razem w bezolejowe eksperymenty, bowiem sekretem dobrego pasztetu jest tłuszcz. Sprawia on, że pasztet pozostaje wilgotny i się nie kruszy. Kiedyś jednak na pewno spróbuję zrobić pasztet bez oleju, blog Herbivore's Meals pokazał, że się da. Pasztet nie wygląda na kruchy, więc wierzę, że wyszedł jak trzeba.
 Na początku miałam zamiar zrobić pasztet bezglutenowy, w którym rolę lepiszcza spełniałaby jedynie ugotowana kasza jaglana, niestety ilość nie-strączkowych dodatków okazała się zbyt duża. Musiałam dodać jeszcze jakiś zagęstnik i padło na bułkę tartą. Bezglutenowcy mogą użyć mielonych płatków z niepalonej gryki i prosa, ale mają one dość charakterystyczny smak i mogą być wyczuwalne w masie.

Masę z białej fasoli i kaszy wzbogaciłam cebulą, jabłkiem i pieczarkami. Typowo "smalcowe" dodatki, czemu by więc nie doprawić tego jak smalec? Śliwka wieńczy efekt, ale jest to dodatek opcjonalny- nic się nie stanie, jeśli go pominiecie.

Nieskromnie muszę powiedzieć, że dla mnie to pasztet idealny. I w dodatku zaakceptowany przez mamę!




niedziela, 14 grudnia 2014

Dużo nowych wegańskich opcji pojawia się ostatnio w Warszawie. Czy kogoś to jeszcze dziwi? Bywa, że niektóre miejsca muszą kończyć swoją działalność, jak Tygrys czy Przemiana, zdecydowana większość radzi sobie jednak bardzo dobrze.

Od niedawna działa Vege Kiosk, mały sklepik z wyrobami garmażeryjnymi na Kruczej 51.
Wszystko w nim jest wegańskie. Doskonała opcja dla zabieganych. Zazwyczaj jedzenie na cały dzień robię sobie sama, ale zdarza mi się zaspać, a Vege Kiosk mam po drodze na uczelnię.

Dostaniecie tam gotowe kanapki, pierogi do późniejszego odgrzania, dania w słoiczkach, sałatki, ciasta i desery, pasty do chleba. Wszystko w przyzwoitych cenach.








Kanapka z grillowanymi warzywami i wegańskim majonezem, 5 zł. Jest dość mała, ale można też kupić większe za 9-10 zł. Wsad pyszny, ale sama bułka mogłaby być smaczniejsza.







Deser malinowy z kaszy jaglanej, 10 zł. Jest sycący, kremowy, słodki, po prostu pyszny. Jeśli dobrze wyczułam, był tam dodatek mleka kokosowego. Czuję się zachęcona, aby wpadać tam czasem po coś słodkiego.


Na facebooku wspominałam też o wegańskiej pizzy z Night Pizza Factory.
Jest to zwykła pizzeria, która wprowadziła niedawno do oferty różne wegańskie dodatki do pizzy, np. mozzarellę, seitan, wegańską szynkę, pepperoni. Codziennie jest coś innego, trzeba pytać. W tej pizzerii weźmiecie pizzę jedynie na wynos lub zamówicie ją z dowozem przez telefon.






Za średnią pizzę z mozzarellą, seitanem, pieczarkami, papryką i cebulą zapłaciłam 56 zł, wliczając dowóz. To naprawdę sporo, ale fakt, że musieli ją wieźć do mnie kawałek. Warto wspomnieć, że pizza była ogromna i spokojnie najadłyby się nią 3-4 osoby.
Efekt był całkiem udany, poza jednym szczegółem... Pizza dotarła do mnie ledwo ciepła, a ciasto było zbyt gumiaste i w ogóle nie chrupkie. Dopiero po wrzuceniu na parę minut do piekarnika było idealne.
Mimo pewnych mankamentów bardzo się cieszę, że jest w stolicy jakaś alternatywa dla pizzy z samymi warzywami.


Od wczoraj można też zjeść pizzę z wegańskim serem w całkowicie wegańskim lokalu- Vegan Pizza na Poznańskiej 7. Dodatkowo otworzył się wegańki bar z hot-dogami przy Marszałkowskiej 68/70, czyli Jamniczek.
W jednym i w drugim miejscu zawitam niestety dopiero w styczniu.

niedziela, 7 grudnia 2014

Bardzo lubię domową granolę. Odkąd zaczęłam ją robić sama, przestałam kupować przesłodzone wyroby ze sklepu. Kiedyś piekłam ich bardzo dużo, potem trochę się uspokoiłam.
Wtedy jednak jeszcze nie ograniczałam olejów ani przetworzonych słodzików.
Dzisiejsza granola nie zawiera ani jednych ani drugich.

Mokrą bazę stanowią świeże owoce i tahini.
Chrupkości dodają całe orzechy, słodyczy- suszone owoce dodane na sam koniec. Dodatek gorzkiej czekolady również okazał się strzałem w dziesiątkę- gdy zastygła, pięknie posklejała ze sobą płatki i orzechy w granolowe kawałeczki.

Przepis możecie dowolnie modyfikować, np. używać innych cytrusów, ulubionych płatków czy orzechów. Możecie dodać wiórki kokosowe, kakao, a tahini zmienić na inne masło z pestek lub orzechów.

Możecie zapakować ją w ładny słoiczek i podarować komuś bliskiemu albo zjeść wszystko samemu. ☺





wtorek, 2 grudnia 2014

Jarmuż odkryłam dopiero w tym roku i bardzo szybko się w nim zakochałam. Najbardziej smakuje mi na ciepło- pieczony lub w gulaszach, takich, jak ten. Dynia jest moją miłością już od dawna, połączenie jej z jarmużem w jednym daniu było tylko kwestią czasu.

To danie syci doskonale dzięki tofu i ziemniakom (tak, ostatnio chętniej jadam ziemniaki!; dla niewtajemniczonych- nie tolerowałam nigdy ziemniaków, chyba że były przerobione na kluski lub upieczone), rozgrzewa też dzięki aromatycznym przyprawom.

Grudzień już się zaczął, ale nie przeszkadza mi to jeść typowo jesienne potrawy.






piątek, 28 listopada 2014

Za trzecim razem wyszła idealna!

Jak wiecie, ograniczam w diecie oleje i inne przetworzone tłuszcze. To samo z cukrem, chociaż z tym mam mniejszy problem. Częściej robię też ostatnio bezglutenowe dania- nie ze względu na własną nietolerancję, bo takowej nie mam. Jest to mój odzew na zainteresowanie tematem. Przy okazji mam sporo przyjemności z eksperymentowania.
Postanowiłam więc zrobić szarlotkę bez niczego- czyli bez oleju czy margaryny, bez cukru i bez glutenu. Nie brzmi jak coś, co mogłoby być zjadliwe, prawda?
A jednak! Udało mi się tak dobrać składniki, że ciasto dalej jest pyszne i... kaloryczne. Satysfakcjonujące dla rasowego łasucha (którym jestem). Tłuściutkie, chrupiące, słodziutkie. To nie jest "odchudzający" wypiek!

Bazą kruchego ciasta jest mąka gryczana i... masło orzechowe. To ono sprawia, że ciasto po upieczeniu jest chrupkie i aromatyczne. Słodyczy dodają daktyle, a smak kruszonki dodatkowo podkręcają płatki jaglane i orzechy włoskie. Metodą prób i błędów udało mi się znaleźć proporcje zapewniające idealną konsystencję.

Wnętrze ciasta najlepiej wypełnić słodko-kwaśnymi złotymi renetami. Tutaj dodatkowym źródłem słodyczy będą rodzynki. Jeśli ich nie lubicie, mogą to być jakiekolwiek inne suszone owoce, chociaż moim zdaniem rodzynki pasują najlepiej.

Ok, przejdźmy do sedna!




niedziela, 23 listopada 2014

Czasem mam tak wiele zajęć, że nie mam czasu ani ochoty gotować wymyślnych, czasochłonnych rzeczy. Doceniam prostotę i szybkość wykonania, przy czym chcę, aby moje danie wciąż było odżywcze i smakowało. Placki pomidorowe jak najbardziej spełniają te kryteria. Robię je już od dawna, ale dopiero teraz wpadłam na pomysł, żeby się nimi podzielić.
Dodatkowo takie placki kosztują grosze! Można się jedynie przyczepić do mąki orkiszowej, ale da się ją dostać za 5-6 zł za kilogram. Jeżeli tak jak ja nie jecie często mącznych wyrobów, nie jest to duży wydatek.

Wystarczy po prostu zmieszać ciasto, rzucić na patelnię, podać z ulubionymi dodatkami i już.





piątek, 21 listopada 2014

Duża ilość obowiązków na studiach i niemalże codzienne treningi potrafią dać mi w kość. Chciałabym być wiecznie wypoczęta i wyspana, aby mieć stale dużo energii do działania, ale rzeczywistość wygląda tak, że często kładę się spać po północy i wstaję mocno rano, np. przed siódmą lub jeszcze wcześniej. Kawa owszem, pomaga w chwilach kryzysu, ale staram się od niej nie uzależniać.

Aby trochę się pokrzepić, dodać sobie sił przed treningiem lub wysiłkiem umysłowym, pogryzam różne energetyzujące przekąski. Mam kilka ulubionych typów, którymi chciałabym się podzielić.




środa, 19 listopada 2014

Surowe kakao jest najlepsze na świecie. Serio. Mocniejsze, intensywniej czekoladowe. Od razu stawia na nogi, dlatego dobrze jest je dodać do śniadania. Trochę głupio byłoby podgrzewać takie kakao w owsiance ☺, dlatego proponuję wmiksować je w całkowicie surowe danie, czyli pudding chia.
Być może przy coraz niższych temperaturach śniadanie z lodówki średnio do was przemawia, ale wystarczy szczypta rozgrzewającego chili, aby i takim śniadaniem pokrzepić się dobrze przed wyjściem.




wtorek, 18 listopada 2014

W Warszawie otworzyła się kolejna, po Krowarzywa, wegańska burgerownia- Best Seler. Jako że pierwszy  w stolicy lokal z roślinnymi burgerami jest już niemalże kultowy, nieuniknione będą porównania.

Knajpka mieści się przy ulicy Waryńskiego 9, blisko Politechniki. Pierwszy plus za lokalizację.
Drugi plus- w miarę przestronny lokal o ciekawym, recyklingowym wystroju. Nie czuć silnego zapachu smażeniny, chyba że akurat ruch jest większy i na zapleczu coś się za mocno zesmażyło.

Wybór burgerów jest całkiem ciekawy- okara, jaglany, selerowy, buraczany, z tofu, seitanowy, grzybowy. Ceny od 12 do 16 zł- do przyjęcia. Fajne sosy, m.in. pasta z cieciorki albo BBQ. Bułki do wyboru do koloru- grahamka, ziarnista albo bezglutenowa za dopłatą 2 zł. Niby wszystko fajnie, ale jednak niezupełnie.




wtorek, 11 listopada 2014

Połączenie papryki i pomarańczy wielbię od dawna. Zupy kremy z ich udziałem zawsze podgrzewałam, ale w sumie- dlaczego by nie spróbować na surowo? Sezon na paprykę w pełni, pomarańcze też już robią się coraz smaczniejsze i tańsze. Dodatkowo mamy przed sobą okres, w którym warto się dowitaminizować.





sobota, 8 listopada 2014

Te kotlety zrobiłam pierwszy raz dokładnie rok temu. Totalnie przypadkiem sparowałam różne rzeczy, które akurat miałam w szafkach i lodówce. Byłam zachwycona, że takie proste składniki dają tak cudownie pyszny efekt!

Robiłam je od tamtego czasu dość często, obiecując sobie, że spiszę kiedyś proporcje, zrobię zdjęcie i wrzucę je na bloga. W międzyczasie zmieniał się trochę sposób ich doprawiania, dodawany zagęstnik, ale parę rzeczy pozostało niezmiennych.

To, co nadaje tym kotletom wyjątkowy smak, to namoczone siemię lniane, płatki drożdżowe, czerwona cebula i... przyprawa do kurczaka. Siemię sprawia, że kotlety mimo procesu pieczenia pozostają miękkie w środku, nie schną całe na wiór. Reszta wymienionych składników podkręca smak i aromat, radzę żadnego z nich nie pomijać. I nie bójcie się tej kiepsko nazwanej przyprawy, nikt wam nie dorzuci w pakiecie martwego zwierzęcia. Pilnujcie tylko, żeby mieszanka składała się z samych naturalnych przypraw, żadnych wzmacniaczy smaku.

Kiedyś zagęszczałam kotlety bułką tartą, później przerzuciłam się na mielone płatki owsiane i otręby. Teraz dbam również o bezgluciowych czytelników, więc użyłam tym razem mielonych płatków jaglanych. Sprawdzają się bardzo dobrze, możecie też użyć płatków z niepalonej gryki.

A jeśli bardzo chcecie, to nikt Wam nie broni sobie te kotlety usmażyć na odrobinie oleju. ☺





środa, 5 listopada 2014

Gdy znajdziesz sport, który kochasz i postawisz sobie jasno cele, problemów z motywacją jest znacznie mniej. Nie znaczy to jednak, że całkiem znikną. Wiem coś o tym. Jestem osobą nadambitną, niecierpliwą, łatwo frustrującą się, gdy coś nie wychodzi. Stąd moje nieregularności w aktywności fizycznej.

Teraz mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie byłam tak zdeterminowana jak teraz. Owszem, czasem jest ciężko, niekiedy brakuje sił, a jakaś jogowa figura dalej nie wychodzi. Co mi pomaga? Pisanie o tym.





poniedziałek, 3 listopada 2014

Weekend w rodzinnym domu? To czas pierogów.
No ok, nie zawsze, ale niezwykle często. Lubię je lepić z mamą- wtedy stawiamy na bardziej tradycyjne wersje, jak farsz z kapusty i grzybów. Kiedy eksperymentuję, robię sama małą porcję, aby nie karmić bliskich czymś niezupełnie udanym.
Ale ale, tym razem się udało! Następnym razem zrobię więcej!

Ciasto na pierogi jest bez glutenu, z mąki gryczanej. Klucz do sukcesu tych pierogów- nie oczekuj od ciasta, że będzie się zachowywać jak pszenne czy orkiszowe. Będzie ono dość miękkie i da się łatwo zlepić, ale elastyczność będzie na nieco niższym poziomie. Nie wałkuj więc ciasta zbyt cienko, farsz nakładaj w rozsądnych ilościach i nie śpiesz się lepiąc te małe cudeńka. Nie pożałujesz. Smak pierogów po ugotowaniu zrekompensuje Ci chwile zwiększonej koncentracji.

Ciasto wychodzi jędrne, ale delikatne, jakby lekko orzechowe- po prostu pyszne. 

Farsz "radziecki" poza tym, że zweganizowany, jest nieco odchudzony- dalej unikam olejów. Zamiast usmażyć cebulę opiekłam ją najpierw nad palnikiem i dodałam pieprz ziołowy dla podniesienia smaku całości.





piątek, 31 października 2014

To był szalony dzień, dlatego też dodaję przepis dość późno.

Kiedyś makaron mogłam jeść codziennie. Dzisiaj moje kubki smakowe się nieco zmieniły. Kasze są bardziej różnorodne i można z nich wyczarować znacznie więcej pyszności. Również brązowy ryż dość często pojawia się moim menu. Na makaron nachodzi mnie ochota bardzo rzadko.

Właśnie niedawno nastał ten czas, kiedy zamarzyła mi się micha sycących klusek w kremowym sosie. Wybrałam prostotę w pełnym tego słowa znaczeniu, czyli sos pieczarkowy- Pasta Funghi. Jest delikatny i kremowy dzięki bazie z mleka roślinnego i skrobi kukurydzianej, doprawiony gałką, płatkami drożdżowymi i pieprzem ziołowym, dzięki czemu nie jest mdły. W tego typu makaronie bardzo często gości kurczak, u mnie zamiast biednego zwierzęcia do rondelka powędrowało wędzone tofu.

Idealne danie na jesień.




środa, 29 października 2014

Na wykładzie Emila z Vegan Workout podczas Veganmanii przewinął się temat wapnia oraz przykładowy przepis na koktajl z dużą jego zawartością. Nie pamiętam już co dokładnie w nim było, ale to stało się inspiracją dla stworzenia mojej wariacji.

Wbrew pozorom to nie żelazo czy białko (ha ha) jest największym problemem wśród wegan, za to zdarzają się dość często kłopoty z wapniem. Gdy zaczęłam przykładać większą wagę do podaży tego mikroelementu bardzo pomogła mi tabela żywieniowa od Vegan Workout.





poniedziałek, 27 października 2014

W centrum otwiera się ostatnio sporo wegańskich fast foodów. Działa już kolejna wegańska burgerownia Best Seler, za chwilę otwiera się też Vegan Pizza i Jamniczek z wegańskimi hot dogami. Ja mimo fali nowości przypomnę o miejscu działającym już od jakiegoś czasu na Marszałkowskiej 68/70, czyli o Laflaf.

Jest to kolejne miejsce na mapie Warszawy słynące z hummusu i falafeli. Pisałam już o Mezze, które przypadło mi do gustu, jednak Laflaf w moim osobistym rankingu ten lokal przegonił. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Laflaf jest w 100% wegański, a wybór potraw znacznie większy.




niedziela, 26 października 2014

Zawsze, odkąd pamiętam, uwielbiałam słodycze. Mogłam się do oporu zajadać batonikami, czekoladami, cukierkami. Nawet jeżeli jakieś ciastka nie były szczególnie dobre, bo smakowały tylko cukrem- i tak czyściłam pudełko do końca.

Dzisiaj gust trochę mi się zmienił. Nadal lubię słodkie, ale próg tolerancji na słodycz zdecydowanie się obniżył. Słodycze ze sklepu już tak nie pociągają- są za słodkie i smakują sztucznie. Zdarzają się wyjątki, ale rzadko.

Robię więc słodkości sama i już praktycznie nie używam cukru, słodów, nawet ostatnio całkiem zdrowy ksylitol poszedł w zapomnienie. Mój cukier to suszone i świeże owoce. Pokochałam też bardziej niż kiedykolwiek witariańskie ciasta. Dlaczego?

Bo są świeże, odżywcze, pełne smaku i proste do wykonania. Fakt, większość jest na bazie suszonych owoców i orzechów, co może czasem sprawiać, że będą smakować podobnie, ale wystarczy trochę ruszyć głową i uruchomić wyobraźnię. Tak powstał karobowy nernik z goji.

Karob, kokos i goji cudownie się dopełniają. Dodatkowo ciasto jest niezwykle sycące, kawałek może Wam starczyć za porządną przekąskę, którą na długo zabijecie głód. Niech się schowają popularne batony ze sklepów! ☺





piątek, 24 października 2014

To jest jedna z lepszych rzeczy do jedzenia, jakie udało mi się ostatnio stworzyć. Efekt powstał jako wypadkowa zawartości lodówki i ogromnej ochoty na buraka, brukselkę i kaszę jaglaną. To połączenie tak uderzyło mi do głowy, że cały czas latałam na targ po te warzywa (brukselka coraz tańsza!). W myślach zaczęłam nazywać to danie "Gulaszem Mocy". ☺ Dlaczego?

Po pierwsze: burak. O jego cudownych właściwościach możecie poczytać tutaj. Rozszerza on naczynia krwionośne i zwiększa wydolność, pomaga walczyć z anemią, zaparciami, wzmacnia odporność i wykazuje działanie antyrakowe.

Po drugie: brukselka. Bogate źródło witaminy A, C, K, magnezu i wapnia. Dodatkowo ma całkiem sporo białka. 300g tego warzywa to 7,7g tego makroskładnika.

Po trzecie: ciecierzyca. Gdybym miała wybrać jeden ulubiony strąk, byłaby to właśnie ona. Fosfor, cynk, żelazo, magnez, potas, witaminy z grupy B no i znowu- białko,  w dodatku wchłanialne w 78%.

Po czwarte: kasza jaglana. Bezsprzecznie moja ulubiona. Wybrałam ją tutaj ze względu na walory smakowe- do buraka, brukselki i ciecierzycy pasuje idealnie. Warto ją oczywiście jeść nie tylko ze względu na smak. Zawiera sporo witamin z grupy B, jest bogatym źródłem miedzi, magnezu, manganu, żelaza. Wpływa na poprawę stanu skóry, włosów i paznokci.

Poza tym to danie jest po prostu pyszne, pokrzepi, gdy za oknem coraz chłodniej. Na moim stole jeszcze nie raz zawita Jesienny Gulasz Mocy. :3





środa, 22 października 2014

Puddingi z tych cudownych nasionek były już chyba wszędzie. Dlaczego u mnie tak długo nie pojawiało się to cudo?

Dawniej omijałam chia szerokim łukiem ze względu na cenę. Omega 3 przecież da się dostarczyć taniej, nie? Jest siemię lniane.

Zmieniłam zdanie, gdy spróbowałam puddingu z chia w Vege Mieście- był kokosowy, gęsty, kremowy... Zakochałam się i zaczęłam kombinować, jak zdobyć tanie nasionka, zapragnęłam samodzielnie produkować takie kremowe pyszności. Z pomocą przyszedł Badapak.

Poza tym chia to nie tylko omegi! Jak już wcześniej pisałam, chia to również spora dawka wapnia, żelaza, selenu, błonnika i magnezu.

Mój pudding jednak nie zawiera mleka kokosowego. Chia jest wystarczająco tłuste. Do tego nie dodaję żadnych słodów, jak to się zwykło robić. Używam mlek roślinnych, które już są lekko słodkie, np. ryżowe, ryżowo-orzechowe, owsiane itp. Może to być oczywiście lekko słodzone mleko sojowe, jeżeli nie przeszkadza Wam ta odrobina cukru- nadaje bardzo fajnej konsystencji.

Przepis podstawowy może być bazą do najróżniejszych wariacji (które też niedługo się na blogu pojawią, również w wersji 100% surowej). Pole do popisu jest naprawdę duże, ale zapewniam, że nawet taki prosty pudding jest w pełni satysfakcjonujący.





wtorek, 21 października 2014

Kiedyś pisałam o tym, że polubiłam hummus dzięki Jadłonomii. Długo upierałam się przy tym, że ciecierzycę na hummus trzeba gotować z sodą, ale ostatnio przestałam tak robić. Dlaczego? Bo gotowanie strączków z sodą w znacznym stopniu wypłukuje minerały.

Owszem, hummus według zaleceń Marty jest najpyszniejszy na świecie, gładziutki, kremowy, ale dla mnie ideał powinien też mieć tak dużo dobrych dla ciała składników jak tylko możliwe. Dlatego mój hummus idealny jest ze zwyczajnie gotowanej ciecierzycy.

Sporo się jednak od Marty nauczyłam (i nie tylko, pomógł mi też przepis Wegan Nerd a także smakowanie najróżniejszych knajpianych hummusów) i dzięki temu udało mi się wyprodukować hummus kremowy, świeży i nieziemsko pyszny, mimo braku sody w całym procesie.

Co jest ważne?
-ciecierzyca- długo moczona i gotowana, ziarna muszą po ugotowaniu być mięciutkie i dać się dość łatwo rozgnieść między palcami
-tahini- powinno być gładkie, kremowe i lejące się, dlatego większość sklepowych past sezamowych odpada, bo są po prostu za gęste; ja używam tego tahini, ale można też ewentualnie skorzystać z Primaviki (gęste, ale styknie) lub zrobić samodzielnie
-zimna woda z lodówki- dodawana stopniowo podczas miksowania zapewni idealną konsystencję i gładkość

Długo moczoną i gotowaną ciecierzycę spokojnie możecie podmienić na tę z sodą również w hummusie buraczanym.





piątek, 17 października 2014

Dawno już pisałam na blogu o sklepach internetowych, w których się zaopatrywałam (tu). Teraz trochę pozmieniało, bo w Warszawie jest mnóstwo sklepów stacjonarnych, w których kupuję, w tym zwykłe supermarkety (klik).

Mimo to czasem warto wyszukiwać fajne oferty w sieci, aby nie przepłacać. W zwykłych sklepach nie kupuję prawie w ogóle kasz, płatków, strączków, orzechów czy pestek. Zamawiam je z Badapaka.
Dlaczego?

Bo kupując wszystko w kilogramowych paczkach wychodzi znacznie taniej i dodatkowo po jednorazowych zakupach mam zapas na kilka miesięcy. Kasza jaglana 4,70 za kilogram, siemię lniane 4,60, najtańsza mąka gryczana i strączki- żyć, nie umierać.
Wiadomo, że za orzechy zapłacisz już więcej niż za ryż czy fasolę, ale w dalszym ciągu w przeliczeniu na kilogram wychodzi o wiele taniej.

Jeżeli chodzi o ostatnie moje zakupy, to szczególnie zadowolona jestem z dwóch superfoods- goji i chia. Te pierwsze kosztowały mnie 41,50 za kilogram, te drugie- 37. Znajdźcie gdzieś taniej, I dare you!






środa, 15 października 2014

No ok, może nie dla każdego będzie najlepszy, niektórzy nie lubią takich stwierdzeń na wejściu. Dla mnie na pewno jest mistrzowski.
Za czasów diety wszystkożernej nie lubiłam majonezu. Weganizm trochę poprzestawiał w moich kubkach smakowych, stałam się fanką majonezu wegańskiego. Mimo tego, że z założenia jest cholernie tłusty, to brak jaj sprawia, że jest lżejszy, smaczniejszy.

Ale właśnie, majonez to mnóstwo oleju. Można więc się spierać, czy moja bezolejowa wersja jest jeszcze majonezem, ale wierzcie- jest bardzo bliski w smaku swoim tłustym odpowiednikom. Jak to możliwe?

Sekretem tego majonezu jest użycie odpowiedniego rodzaju tofu. Jeżeli mieszkasz w mieście, w którym funkcjonują sklepiki z żywnością azjatycką prowadzone przez Azjatów- masz szczęście. Kupisz tam najtańsze i najsmaczniejsze tofu na świecie. Świeże, lekko kwaskowe w smaku, bardzo miękkie, o lekko "jajecznej" konsystencji. Zmiksowane razem z mlekiem roślinnym i przyprawami nie będzie wymagać dodatku oleju. Jeżeli nie masz dostępu do takiego tofu, możesz spróbować z silken tofu, chociaż nie jestem w stanie powiedzieć, czy efekt będzie mocno zbliżony.

Co jeszcze jest ważne?

Sól jajeczna. Inaczej sól czarna, czyli kala namak. Oczywiście możesz ją zastąpić zwykłą, ale majonez straci wtedy na smaku. Polecam się w nią zaopatrzyć, doda charakteru nie tylko potrawom mającym naśladować jajka. Swoją kupiłam tutaj. Cena jest korzystna i taka ilość starcza na długo.





wtorek, 14 października 2014

Tutaj jeszcze się z tym nie zdradzałam, ale czytelnicy lubiący mnie na facebooku mogli jakiś czas temu odnotować informację, że zaczęłam chodzić na pole dance. Prócz tego już wcześniej ze wzmożoną regularnością zaczęłam ćwiczyć jogę.
Oprócz tego włączam w swój plan treningowy bieganie i ćwiczenia z wykorzystaniem masy własnego ciała.

Niekiedy bywa ciężko. Nie zawsze uśmiecham się na myśl wstania o 6 po to, aby zdążyć poćwiczyć przed zajęciami. Czasem po całodniowym siedzeniu na uczelni (gdy nie miałam okazji się wcześniej wyspać) trening to ostatnie na co mam ochotę. Czasem mięśnie bolą tak, że odechciewa się wszystkiego. Po co się tak męczyć?





sobota, 11 października 2014

Racuchy. Pachnące, chrupiące, tłuste i słodkie. Smak dzieciństwa? Dla wielu pewnie tak. W moim rodzinnym domu nie robiło się ich często.
Częściej zaczęły się u mnie pojawiać, gdy eksperymentowałam już w kuchni samodzielnie.

Wszystkie, absolutnie wszystkie przepisy, które widziałam w sieci wymagały smażenia na tłuszczu. Ok, rozumiem,  taka tradycja. Ale możecie wierzyć albo nie- wydawało mi się to wcześniej absolutnie konieczne. W jak wielkim błędzie byłam!
Przecież fakt dodania do ciasta drożdży zamiast proszku do pieczenia nie sprawi, że placki nagle będą przywierać. Drożdże nie mają żadnych "przylepnych" właściwości. Skoro zwykłe pancakes smażone na sucho wychodzą, to takie też powinny. Dopiero niedawno wpadłam na ten "genialny" pomysł, mądra ja...

Oczywiście nie spodziewajcie się, że te racuchy będą smakować identycznie jak tradycyjne. Nie znaczy to, że są od nich gorsze, po prostu dogadzają podniebieniu w inny sposób. Takie są delikatniejsze w smaku, nie są tak chrupkie, ale za to są mięciutkie, puszyste i sprężyste. Cudownie pachną po rozkrojeniu.

Rzadko jadam teraz mączne śniadania. Na co dzień nawet nie mam na nie szczególnej ochoty. Dzisiejsze śniadanie zaliczam jednak do najlepszych w ostatnim czasie. To będzie dobry dzień!

Przy tworzeniu własnego przepisu sugerowałam się drożdżowymi racuchami Marty.





piątek, 10 października 2014

Czerwona kapusta i curry.  Niezbyt często się słyszy te dwa słowa w jednym zdaniu, ale wierzcie mi- niesłusznie. Delikatna, miękka kapusta doskonale komponuje się z wyrazistymi przyprawami w daniach typu curry.

Do tak ostrego dania dobrze jest dodać jakieś zabielenie. W curry najczęściej króluje mleko kokosowe. Ja tym razem zdecydowałam się na naturalny jogurt sojowy. Kupuję go w Leclercu (2,49 zł za kubeczek). W większych miastach nie powinniście mieć problemów z ich kupnem. Zawsze możecie jednak zaopatrzyć się w nie internetowo lub zrobić śmietanę z namoczonych nerkowców, migdałów lub pestek słonecznika z dodatkiem mleka roślinnego.

Uwaga, danie jest naprawdę ostre! Jogurt w dużej mierze tę ostrość łagodzi, ale jeśli nie jesteście pewni swoich kubków smakowych- zmniejszcie ilość czerwonej pasty curry i dodajcie więcej łagodniejszego curry madras.





wtorek, 7 października 2014

W ostatnią niedzielę w klubokawiarni Kicia Kocia w Warszawie odbyła się kolejna edycja Veganmanii organizowanej przez Otwarte Klatki.
Tym razem wystawców było mniej (i niestety na jeszcze mniejszej powierzchni), ale i tak nie miało to dla mnie aż takiego znaczenia- byłam niestety spłukana po ostatnim Wege Targu. Następnym razem lepiej rozplanuję fundusze, cóż.




sobota, 4 października 2014

Och, dynio. Dla ciebie czekam na jesień. Wy też tak macie?

Kocham piec warzywa. Dla mnie to najlepsze comfort food. Kroisz, doprawiasz, wrzucasz do piekarnika i nic cię nie obchodzi. Przygotowujesz w międzyczasie jakieś proste dodatki, zdążysz opiłować paznokcie, przeczytać ciekawy artykuł, zdrzemnąć się. Budzi cię cudowny zapach wydobywający się z piekarnika. Obiad gotowy!

A pieczona dynia to już raj na ziemi. Robi się jeszcze bardziej aromatyczna, cieszy oczy kolorem, z wierzchu chrupka, w środku mięciutka.

Moją inspiracją do stworzenia takiego połączenia było danie dnia z Vege Miasta- pieczona dynia z majonezem pietruszkowym. Ja oczywiście upiekłam dynię doprawiając ją tak, jak lubię najbardziej, a majonezu w ścisłym znaczeniu tego słowa oczywiście nie zrobiłam (olej!), chociaż dip dzięki odpowiedniemu rodzajowi tofu uzyskał całkiem podobną konsystencję.

Wyszło cudownie. Serio. Bierzcie swoje dynie, tofu i twórzcie.





piątek, 3 października 2014




Jak wspominałam wcześniej, moim celem do końca września było 2 kg mniej na wadze, a następnie kolejne 2 kg do końca października.
Wrzesień niewątpliwie mamy już za sobą, powinnam więc zgodnie z planem ważyć 65 kg.

środa, 1 października 2014

Wczoraj przeważająca większość domagała się zupy, dzisiaj więc poczęstuję was pysznym smoothie.
Kocham zielone smoothies, wiecie o tym, prawda? Kiedyś rano najbardziej lubiłam owsianki, kaszki, placki, naleśniki. Dzisiaj najczęściej decyduję się z rana na zielony miks. Dodaje dużo energii i nie obciąża żołądka, dzięki temu szybciej czuję się gotowa do działania.

Jarmuż wykorzystuję w kuchni dopiero od niedawna. Wcześniej nigdzie nie mogłam na niego natrafić, teraz widuję go w wielu supermarketach i na straganach.
Do jarmużu trzeba jednak się przekonać- jest twardawy, bywa włóknisty. Nawet na ciepło nie zyskuje idealnej miękkości. Trzeba po prostu się nauczyć w jakich konfiguracjach- czy to na ciepło, czy na surowo- będzie nam najbardziej odpowiadał.
Na surowo lubię go dodawać właśnie do smoothies, chociaż mój blender nie miksuje tych listków na idealnie gładką masę. Znalazłam niedawno połączenie, które najbardziej mi odpowiada.





wtorek, 30 września 2014

Na facebooku wyraźnie domagaliście się kremu z dyni i papryki. Oto jest.
Jakie warzywo może bardziej się kojarzyć z jesienią niż dynia? Robi się coraz chłodniej, mamy ochotę na rozgrzewające, kolorowe dania. Dynia nadaje się do nich idealnie.
W dodatku nie ma nic prostszego, niż wykonanie takiej zupy. Kilka składników, gotowanie, miksowanie- już. Niewielki nakład pracy, a efekt cudowny. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że robiłam tę zupę 3 razy w ciągu niecałych dwóch tygodni- a ja rzadko się powtarzam!




niedziela, 28 września 2014

Na bieg zapisałam się już dawno, ale niestety nie przygotowałam się do niego należycie. Kilka losowych wydarzeń, w tym choroba, skutecznie unieruchomiły mnie na trochę. Na szczęście na 2 tygodnie przed biegiem byłam w stanie wziąć się za treningi. Poszłam tam z nastawieniem "Idę się przebiec, będzie fajnie".

Efekt? Życiówka, 10 km w ciągu ok. 58 minut i 21 sekund. Pewnie mogłoby być dużo lepiej, ale i tak jestem z siebie mega zadowolona. Podbiegi, schody, śliski teren mnie nie wykończyły! Może to przez pełny pęcherz? Błądziłam i długo nie mogłam dotrzeć na miejsce, w efekcie nie starczyło mi czasu na skorzystanie z toalety przed biegiem... ☺

Atmosfera super, organizacja całkiem całkiem jak na pierwszy raz, pozytywni ludzie. Nawet z Fitnesską na Roślinach miałam okazję zamienić parę słów.





czwartek, 25 września 2014

Tego typu posta jeszcze u mnie nie było, choć o kosmetykach już wspominałam (tag "Kosmetyki"- niedawno dodany).
Będę szczera- weganizm zmienił we mnie sporo rzeczy, również podejście do kosmetyków. Kiedyś kompletnie się nimi nie interesowałam, brałam pierwszą lepszą rzecz w drogerii, byle ładniej opakowaną, byle marketing do mnie przemawiał. Szkodliwa chemia? Słaba jakość? Testowanie na zwierzętach? Nic z tych rzeczy nie było dla mnie istotne. Gdy zaczęłam się interesować wpływem codziennych wyborów na dobrostan zwierząt, siłą rzeczy zaczęłam zwracać uwagę na to, czy kosmetyk jest testowany na zwierzętach i czy ma w składzie odzwierzęce składniki. Do tego doszła chęć stosowania kosmetyków naturalnych, faktycznie przynoszących dobre skutki, a nie tylko powierzchowny efekt. Fajnie by było jeszcze do tego nie płacić zbyt wiele...
I tu z pomocą przyszedł internet. I mama. Ale po kolei.
Od dawna już nie kupuję peelingu do ciała ani maseczek do twarzy. Powoli odchodzę też od kupowania kremów do stóp i dłoni, niepotrzebny mi też będzie chyba w przyszłości środek do demakijażu. Można je zrobić prosto i tanio z ogólnodostępnych produktów.
Myślę, że większości z Was są one znane, ale podaję je dalej- może znajdzie się jakaś osoba podobna do mnie sprzed paru lat, która nie miała pojęcia o ich możliwym zastosowaniu.