wtorek, 19 sierpnia 2014

Smoothie, superfoods. Witariańskie dywagacje.

19 komentarzy:
 
Już od dawna zbierałam się do naskrobania tego posta.
Raw. Jak korzystam z surowego jedzenia? Co sądzę o diecie witariańskiej? Jaki ma na mnie wpływ włączanie raw posiłków do codziennego menu? Jeśli jem coś w 100% surowego, to co najczęściej jem?

Zacznę od ostatniej kwestii. Jeżeli jem na surowo, to nie porywam się raczej na czasochłonne, wydziwiane dania wymagające dehydratora (nie tylko dlatego, że go nie mam). Najczęściej jem zielone smoothie lub po prostu surowe owoce i warzywa solo/sałatki owocowe/sałatki warzywne. Czasem porwę się na surowe chłodniki lub bardziej złożone dania- surowy makaron z sosem, słodycze (kulki z suszonych owoców i orzechów, orzechowe ciasta itp).
Surowe dania z założenia powinny być dla mnie proste jak drut.


Smoothie jednak zdecydowanie wygrywają. Uwielbiam miksować owoce i zielone liście, odkrywać coraz to nowsze kombinacje.
Czego do nich używam?



1. Zielone listki. Najczęściej używam szpinaku lub sałat- są dość łatwo dostępne, delikatne i pasują praktycznie do wszystkiego. Z sałat polecam lodową lub rzymską. Inne, które dodaję rzadziej- roszponka, rukola, jarmuż, natka pietruszki, botwinka.
2. Zdrowe tłuszcze. W liściach i owocach dodawanych do smoothie często znajdują się witaminy rozpuszczalne w tłuszczach. Dodając zmielone pestki/orzechy podbijamy dodatkowo wartość odżywczą naszego miksu. Najczęściej dodaję zmielone siemię lniane. Rzadziej- mak, pestki słonecznika, niełuskany sezam lub awokado.
3. Owoce! Tutaj można popuścić wodze fantazji i dodać co nam się zamarzy. Oczywiście różne owoce będą dobrze grać z konkretnymi warzywami liściastymi. Jeżeli chcesz, żeby twoje smoothie było bardziej sycące, dodaj takie owoce jak banany czy mango. Dobrymi opcjami będą też cytrusy, jabłka, gruszki, brzoskwinie i nektarynki. Gdy dodasz arbuza, możesz zapomnieć o dodatku wody, bo konsystencja będzie idealna. Jagodowe owoce również są cennym dodatkiem, ale najczęściej psują kolor, dlatego ja wolę dodawać je w całości do gotowego smufa.
4. Inne dodatki. Opcjonalnie możemy pokusić się o dodatek korzennych przypraw, surowego kakao lub karobu. Jeżeli chcesz dodać słodyczy- wrzuć namoczone suszone owoce (np. daktyle, figi, goji).  Mięta lub melisa dodadzą odświeżającego smaku. Zboża sprawdzą się jako zagęstnik i sprawią, że całość będzie bardziej sycąca. Możesz namoczyć przez noc surowe płatki owsiane lub kaszę gryczaną.
Na zdjęciu połączenie szpinak + banan + pomarańcza + kasza gryczana. Wybieramy kaszę niepaloną i moczymy ją przez noc w wodzie z odrobiną octu jabłkowego. Bardzo dobrze się miksuje i nadaje lekko orzechowego posmaku.



Coś, co jest często powiązane z dietą raw, to tzw. superfoods. Nie jestem zwolenniczką raczenia się regularnie drogimi, wydziwianymi produktami, podczas gdy o wiele taniej można zjeść coś równie odżywczego. Niektóre jednak są przydatne i można je kupić taniej niż zwykle, jeżeli tylko dobrze poszukać. Mam swoje ulubione superfoods, których używam mniej lub bardziej regularnie.




1. Siemię lniane.
Używam go prawie codziennie. 
Bardzo tanie, wszechobecne, jest bardzo dobrym źródłem kwasów omega 3, błonnika, cynku, magnezu. Łagodne dla żołądka. Najlepiej jeść je właśnie na surowo, bo zbyt wysoka temperatura niszczy cenne tłuszcze. Ja trzymam siemię w szafce w szczelnie zamkniętym woreczku, mielę na bieżąco taką ilość, jaką zużyję w ciągu ok. 3 dni i chowam do lodówki. Potem dodaję do smoothie lub sałatek. Można też zmielone siemię namoczyć przez noc z dodatkami i stworzyć pyszny pudding.




2. Mak i niełuskany sezam.
Jem je również prawie codziennie, jedno albo drugie. Mielę je tak samo jak siemię lniane i przechowuję w lodówce. Cenię je sobie za wysoką zawartość wapnia. Dodaję je również do smoothie lub sałatek.






3. Jagody goji.
To już nieco droższa przyjemność, ale da się je znaleźć całkiem tanio na warszawskich bazarach albo w supermarketach (w Leclercu bodajże ok. 6 zł za paczuszkę).
Jeżeli dodaję je do surowych dań- moczę je jakiś czas, a potem miksuję, dorzucam do sałatek owocowych lub warzywnych, jem solo albo przyrządzam słodkości z ich dodatkiem. Przepyszne, "charakterne", lekko herbaciane w smaku. Są kopalnią karotenoidów, witaminy C, E, witamin z grupy B, mają sporo wapnia, potasu, cynku.
Nie jadam ich codziennie, ale raz na jakiś czas kupuję niewielką ich ilość i jem w oszczędnych ilościach.






4. Konopie.
Nie używam na co dzień, ale lubię czasem kupić dla urozmaicenia. Są dobrym źródłem kwasów omega 3 i białka (nie jest ono najlepiej przyswajalne, ale przy ilości 33g na 100g produktu nie ma to aż takiego znaczenia).
Ziarenka są dość miękkie i łatwo dają się miksować. Nie trzeba ich mielić przed dodaniem do smoothie, ale warto to zrobić. Smakują jak coś pomiędzy orzechami a pestkami słonecznika. Jeżeli chodzi o wartości, to konopie jest do zastąpienia przez dużo tańsze siemię lniane. Żeby nie zbankrutować, kupuję konopie tutaj.



5. Chia.
Bardzo drogie, jadane przeze mnie zupełnie okazjonalnie, ale warte uwagi. Jeżeli chcesz je kupić taniej, polecam kilogramowe paczki na Allegro. W przypadku małych opakowań w sklepach ze zdrową żywnością wychodzi o niebo drożej. Zawierają znaczne ilości wapnia, żelaza, selenu, błonnika, magnezu no i oczywiście omega 3. Najlepiej oczywiście zrobić z nich popularny pudding. Żeby był raw, można użyć świeżo wyciśniętego soku z owoców do namoczenia, chociaż wtedy uzyskamy raczej konsystencję kisielu.  Możecie się też pokusić o zrobienie domowego surowego mleka z orzechów. Im tłustsze, tym bardziej kremowy będzie wasz pudding. Zapewne da się z tymi nasionkami przyrządzić bardziej złożone dania, które na razie pozostają dla mnie tajemnicą.



Jeżeli jem surowy posiłek, to najczęściej jest to śniadanie lub przekąska. Obiad lub kolacja- rzadziej, jestem przyzwyczajona do spożywania na te posiłki strączków, kasz lub ryżu, nierzadko też warzyw gotowanych na parze. Obiady jem prawie zawsze na ciepło.

Polecam zwłaszcza surowe śniadania, bo dają niesamowitego kopa energii, nie ciążą na żołądku i nie czuję się po nich ospała (co czasem zdarza się po porannych pancakes lub owsiankach).

Ogólnie jestem zdania, że warzywa po obróbce termicznej mogą dawać korzyści, jakich nie dają surowe, np. większa przyswajalność niektórych składników. Z kolei surowe warzywa i owoce zachowują więcej mikroelementów i witamin, dlatego warto łączyć w odpowiednich proporcjach jedne i drugie. U mnie surowe warzywa i owoce przeważają nad tymi gotowanymi na parze czy pieczonymi.

Włączanie surowych posiłków do codziennej diety daje mi lekkość i więcej energii, a jednak nie czuję potrzeby, żeby przestawiać się całkowicie. Jest mi dobrze tak, jak jest. Nie mam potrzeby "absolutnego oczyszczenia" mojego organizmu. Wierzę jednak, że każdy powinien słuchać siebie i samodzielnie sprawdzić, co dla niego najlepsze. Witarianizm nie jest dietą dla każdego, co nie znaczy, że nie można się z nim dobrze czuć.

Ostatnio włączam więcej surowego do diety pod wpływem dwóch inspiracji. Pasjami przeglądam bloga Vi oraz Shojin. Obie są witariankami, ale prezentują kompletnie różne podejścia do tej diety. Vi stawia na dania wyrafinowane, cieszące oko, nierzadko wymagające droższych składników i utensyliów. Shojin stawia na owoce, warzywa i jeszcze raz owoce w najprostszej możliwej postaci. Moje surowe dania to fuzja tych dwóch założeń.

Ostatecznie jednak największym moim priorytetem jest niewywoływanie niepotrzebnego cierpienia poprzez wybory, nie tylko jedzeniowe. Dlatego szanuję każdego, kto również się tym kieruje. Nieważne, czy wcina banany i szpinak, czy też chleb z dżemem i frytki.

A jaki jest wasz stosunek do witarianizmu? Jecie regularnie coś surowego? A może jesteście witarianami 24/7 i chcecie podzielić się swoimi wrażeniami? Może kiedyś jedliście w 100% surowo, ale uznaliście, że to nie to? Piszcie.

19 komentarzy:

  1. Karzesz pisać, więc czuję się zobowiązany ;P
    U mnie, zazwyczaj surowe jest drugie śniadanie - owoce i warzywa w wersji smoothie albo bez użycia blendera. Do tego dochodzą warzywa w ciągu dnia. Owoców raczej nie poddaje obróbce termicznej, tylko w przypadku czegoś takiego jak placki - wtedy ich część.
    Osobiście bardzo lubię pożywienie w takiej formie i nie robię żadnych raw deserów, i innych takich rzeczy. Ograniczam się do zabójczej prostoty - uwielbiam sobie np. chrupać selera, brokuł, kalarepkę. Yummy ;D
    Obiad zawsze pozostaje gotowany, krótko, bo wolę wszystko al dente, ale gotowany - i tego zmieniać raczej nie zamierzam. Kolacja także gotowana, przynajmniej w kwestii kaszy :]
    Siemię codziennie obowiązkowo! Aż się rozpisałem ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale "karać" to ja mogę za kardynalne błędy ortograficzne :D Zgadzam się, proste rzeczy są najlepsze. Surowe ciasto zrobię raz na miesiąc albo nawet rzadziej.

      Usuń
    2. O matko, taka wpadka ... bo od "karać" ... Więcej już nic nie napiszę :c

      Usuń
    3. Ależ, pisz, bo jak nie, to się obrażę :D

      Usuń
  2. Ja od pół roku jestem wegetarianką. Wcześniej (juz na wege diecie) jadłam głównie jajka z ziemniakami i ogórkami kiszonymi, bo to najtańsze i smaczne (tak, rozsądnie hahah), później odkryłam freelee i duriana i zainteresowałam się raw till 4, próbowałam i faktycznie, czułam się dobrze ale męczyło mnie to, że w zasadzie trzeba cały czas jeść a ja nie chcę, żeby moje życie kręciło się wokół jedzenia i dobijania na siłę 2000 kcal. Teraz po prostu jem zdecydowanie bardziej wegańsko (zdarza mi się jeść jaja, masło ale głównie kiedy jestem w podróży) no i codziennie miksuję sobie kilka bananów i tworzę różne smoothies. W moim wypadku najlepszy jest tzn. Złoty środek, trochę surowego żarcia, trochę 'normalnego'. Pozdrawiam, będę tutaj zaglądała częściej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wegetarianizm z małą ilością nabiału i jaj to dobry start :)

      Usuń
  3. Mi się znowu nasuwa myśl, żeby zrobić sobie jakiś raw weekend albo wprowadzić witariańskie przedpołudnia jak kiedyś, sierpień temu sprzyja, potem jak przyjdą chłody śniadanie bez inki będzie nie do pomyślenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat smoothies mogę jeść cały rok na śniadanie, ale fakt, jesienią jakoś bardziej ciągnie do owsianek :)

      Usuń
  4. Uważam, ze 100 % witarianizm w naszej strefie klimatycznej to nie to... ale surowo trza żreć.

    Obecnie korzystam z obfitości, jem mocno witariańsko, w związku z tym, ze mam jobla na punkcie owoców a głównie bananów to ocieram sie o diete 80 10 10 Grahama.
    Plusy takie:
    *lubię jeść duże ilości - jedząc na surowo jem sporo
    *lżejsza miesiączka
    *organizm sprawniej działa
    *odnoszę wrażenie, że potrzeba mi mniej snu abym była wyspana
    *paznokcie przyspieszyły tempa
    *więcej energii

    Minusy:
    Koszty, cholera ;) Okresy jesienno zimowe, pod względem finansowo żywieniowym kosztują mnie stosunkowo niewiele, bo mam wtedy chcice na kasze, sosy, strączki, pasty... Jadąc na sporych ilościach owoców , a nie posiadając własnego bananowca czy moreli to mnie waliło po kieszeni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to niestety jest prawda... Lubię jeść dużo warzyw i owoców, kupuję często latem dla siebie samej takie ilości, jakie przejadłaby przeciętna czteroosobowa rodzina :)

      Usuń
  5. Czym mielisz siemie, mak itd?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://www.ceneo.pl/27365056#tab=click

      Takim czymś, tylko mój rozdrabniacz ma mniejszą pojemność. Robi też masło orzechowe, pesto. Nie psuje się, służy mi już ładnych parę lat.

      Usuń
  6. Ogromnie inspirujący wpis n__n Pamiętam jak ktoś gdzieś na blogu albo na Facebooku napisał, że dla niego "superfoods" to jest cały wachlarz wszelkich surowych owoców i warzyw - to mi się spodobało i faktycznie chyba też mam takie podejście do "superproduktów" ;)
    Widzę, że witariańskie smoothie's i u Ciebie królują - ja tu nadal czuję się jakimś wynaturzeniem, które nie może się przekonać do tej formy jedzenia ;) W ogóle bardzo podoba mi się Twoje podejście do własnego wegańskiego/raw odżywiania.

    Najwspanialsze w całym wpisie pozostaje dla mnie jednak to pięknie zdanie: "Ostatecznie jednak największym moim priorytetem jest niewywoływanie niepotrzebnego cierpienia poprzez wybory, nie tylko jedzeniowe.", pod którym mogę w 100% podpisać również moje podejście do weganizmu/witarianizmu i tych wszystkich odżywiających spraw ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetny post! Bardzo mi się tu podoba! Obserwuję :)

    Zapraszam też do mnie : tropikalnakuchnia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Od dobrego miesiąca myślę o przejściu na dietę raw, ale chyba nie potrafiłabym zrezygnować z niektórych dań. Chociaż przepisy, które znajduję w internecie aż same proszą się o wypróbowanie i wprowadzenie na stałe do swojego menu.
    I powiem tak: wzięłabym wszystko co tutaj opisałam, oprócz jagód goji - za każdym razem przyprawiają mnie o ogromny ból brzucha i kończę zwinięta na kanapie, leżąc cały dzień w męczarniach. Nie mam pojęcia co jest ze mną nie tak (bo z nimi - jagodami chyba wszystko ok, skoro są tak zachwalane?)

    Wpis zasługuje na 5.! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, bardzo mi miło że mój wpis Ci się tak spodobał :)
      Ja akurat najlepiej jednak się czuję jedząc też moje ukochane kasze, strączki i tofu, więc nie czuję potrzeby przejść na dietę raw.
      Co do jagód- może po prostu jesz ich zbyt wiele na raz? Podobno nawet niewskazane jest, aby przekraczać konkretne dawki w ciągu dnia. Ja jem ich kilka- kilkanaście jednorazowo i czuję się dobrze :)

      Usuń

Jeżeli nie masz konta w bloggerze, podpisz się imieniem lub ksywą. Będzie mi bardzo miło wiedzieć z kim rozmawiam. :)
Miłego dnia!