środa, 31 grudnia 2014

Piszę z lekkim poślizgiem, ale nie z lenistwa (no dobra, może trochę). Po prostu pomyślałam, że połączę temat minionych Świąt z dzisiejszym Sylwestrem, ogólnym podsumowaniem i celami noworocznymi.

Co jadłam w Święta?
Tym razem nie było takiej obfitości dań jak w zeszłym roku, postawiłam na większy minimalizm. Mimo to ciężko było mi to wszystko przejeść razem z moją rodziną.






Roślinna część stołu wigilijnego. Barsz z kapustno-grzybowymi pierogami, pasztet z poprzedniego posta, seleryba po grecku ("ryba" będąca wypadkową przepisów Otwartych Klatek i Jadłonomii), tradycyjna sałatka z okropnym niemieckim wegańskim majonezem. Liczne marynaty nie załapały się na zdjęcie.






"Sernik" z kaszy jaglanej przekładany masą makową. Chciałam zrobić o nim oddzielny wpis, ale zbyt wiele było w nim do poprawki. Na pewno będę jeszcze eksperymentować z wersją podstawową. Był bezcukrowy, tylko masa makowa posłodzona syropem z agawy.







Dzisiaj idę do koleżanek jeszcze z czasów gimnazjalnych- dlatego jeszcze trochę rozpustnie... Drożdżowe rogale z nadzieniem z domowej nutelli. Niestety ich uroda pozostawia wiele do życzenia, nie umiem zwijać ładnych rogali. Są za to naprawdę smaczne! Ciasto od MniuMniu (dałam mleko kokosowe wymieszane z sojowym i margarynę wymieniłam na olej, ciasto pół na pół z razowej orkiszowej i białej).


Wiele wydarzyło się w 2014 roku- zarówno dobrych, jak i bardzo stresujących rzeczy. Ukończyłam pierwszy rok studiów, pracowałam, wzięłam udział w moim pierwszym organizowanym biegu i pobiłam rekord życiowy na 10 km. Zaczęłam chodzić na pole dance i pokochałam ten sport. Jednocześnie przechodziłam przez gorsze stany psychiczne i fizyczne, z których udawało mi się jakoś wyjść. Nie było różowo, wiele okoliczności dało mi nieźle w kość.







Mam wiele celów na ten rok. Właśnie celów, nie postanowień. Tu podam tylko kilka.

1. Ukończyć drugi rok studiów bez żadnych poprawkowych egzaminów; doprecyzować swoje zainteresowania względem pracy licencjackiej.
Mam wrażenie, że trochę się gubię na swoich studiach. Pokłady pasji, które miałam na pierwszym roku, gdzieś ze mnie uleciały. Muszę na nowo je znaleźć.

2. Pracować dorywczo. Nikt się za mnie nie nauczy samodzielności.

3. Trzymać odpowiednią wagę i skończyć raz na zawsze z kompulsywnym zajadaniem stresu. Tak tak, do dzisiaj nie udało mi się tego całkowicie zwalczyć.

4. Dalej ćwiczyć regularnie, poprawić elastyczność, siłę i wytrzymałość mięśni. Chcę stawać na głowie bez pomocy ściany, stawać na rękach, robić szpagaty, giąć się do tyłu, robić prawdziwe pompki, podciągać się na drążku. Robić postępy w tańcu na rurze, nabyć trochę gracji w ruchach.

5. To może się wydać śmieszne, ale... chcę się pozbyć cellulitu! Ta przypadłość ciągnie się za mną od dziecka. Nigdy nie miałam samozaparcia, aby przez dłuższy czas regularnie stosować na to jakieś zabiegi.

6. Zrobić sobie jeden nowy tatuaż i co najmniej kilka kolczyków. Te cele wymagają jedynie zgromadzenia funduszy. Na kolczykowanie idę już w styczniu, a tatuaż planuję na lewym przedramieniu.

7. Rysować coś raz w tygodniu, dla samej przyjemności z rysowania. Choćby gwoździe z nieba leciały.


Bawcie się dziś dobrze, nie upijajcie się za mocno i nie strzelajcie w Sylwestra, bo Sylwester strzeli w Was! Najlepszego!



Źródło: klik




środa, 24 grudnia 2014

Świąteczne pasztety królują chyba na wszystkich wegańskich blogach. Ja też chciałam jakiś zrobić, tym razem sama, bez żadnego zapożyczonego przepisu.

Tylko raz w życiu robiłam pasztet z przepisu Jadłonomii. Mimo to najadłam się ich w swoim życiu bardzo dużo. Musicie wiedzieć jedno- moja mama jest mistrzynią wegańskich pasztetów. Nie korzysta z żadnych przepisów, sama komponuje składniki i odmierza je na oko. W ten sposób stworzyła już kilka mistrzowskich dzieł, które mam zamiar kiedyś odtworzyć, np. pasztet paprykowy z ciecierzycy albo grzybowy z ziaren soi.

Tworząc moją własną kompozycję skorzystałam więc z doświadczenia Marty, ale przede wszystkim radziłam się mojej mamy.

Nie wdawałam się tym razem w bezolejowe eksperymenty, bowiem sekretem dobrego pasztetu jest tłuszcz. Sprawia on, że pasztet pozostaje wilgotny i się nie kruszy. Kiedyś jednak na pewno spróbuję zrobić pasztet bez oleju, blog Herbivore's Meals pokazał, że się da. Pasztet nie wygląda na kruchy, więc wierzę, że wyszedł jak trzeba.
 Na początku miałam zamiar zrobić pasztet bezglutenowy, w którym rolę lepiszcza spełniałaby jedynie ugotowana kasza jaglana, niestety ilość nie-strączkowych dodatków okazała się zbyt duża. Musiałam dodać jeszcze jakiś zagęstnik i padło na bułkę tartą. Bezglutenowcy mogą użyć mielonych płatków z niepalonej gryki i prosa, ale mają one dość charakterystyczny smak i mogą być wyczuwalne w masie.

Masę z białej fasoli i kaszy wzbogaciłam cebulą, jabłkiem i pieczarkami. Typowo "smalcowe" dodatki, czemu by więc nie doprawić tego jak smalec? Śliwka wieńczy efekt, ale jest to dodatek opcjonalny- nic się nie stanie, jeśli go pominiecie.

Nieskromnie muszę powiedzieć, że dla mnie to pasztet idealny. I w dodatku zaakceptowany przez mamę!




niedziela, 14 grudnia 2014

Dużo nowych wegańskich opcji pojawia się ostatnio w Warszawie. Czy kogoś to jeszcze dziwi? Bywa, że niektóre miejsca muszą kończyć swoją działalność, jak Tygrys czy Przemiana, zdecydowana większość radzi sobie jednak bardzo dobrze.

Od niedawna działa Vege Kiosk, mały sklepik z wyrobami garmażeryjnymi na Kruczej 51.
Wszystko w nim jest wegańskie. Doskonała opcja dla zabieganych. Zazwyczaj jedzenie na cały dzień robię sobie sama, ale zdarza mi się zaspać, a Vege Kiosk mam po drodze na uczelnię.

Dostaniecie tam gotowe kanapki, pierogi do późniejszego odgrzania, dania w słoiczkach, sałatki, ciasta i desery, pasty do chleba. Wszystko w przyzwoitych cenach.








Kanapka z grillowanymi warzywami i wegańskim majonezem, 5 zł. Jest dość mała, ale można też kupić większe za 9-10 zł. Wsad pyszny, ale sama bułka mogłaby być smaczniejsza.







Deser malinowy z kaszy jaglanej, 10 zł. Jest sycący, kremowy, słodki, po prostu pyszny. Jeśli dobrze wyczułam, był tam dodatek mleka kokosowego. Czuję się zachęcona, aby wpadać tam czasem po coś słodkiego.


Na facebooku wspominałam też o wegańskiej pizzy z Night Pizza Factory.
Jest to zwykła pizzeria, która wprowadziła niedawno do oferty różne wegańskie dodatki do pizzy, np. mozzarellę, seitan, wegańską szynkę, pepperoni. Codziennie jest coś innego, trzeba pytać. W tej pizzerii weźmiecie pizzę jedynie na wynos lub zamówicie ją z dowozem przez telefon.






Za średnią pizzę z mozzarellą, seitanem, pieczarkami, papryką i cebulą zapłaciłam 56 zł, wliczając dowóz. To naprawdę sporo, ale fakt, że musieli ją wieźć do mnie kawałek. Warto wspomnieć, że pizza była ogromna i spokojnie najadłyby się nią 3-4 osoby.
Efekt był całkiem udany, poza jednym szczegółem... Pizza dotarła do mnie ledwo ciepła, a ciasto było zbyt gumiaste i w ogóle nie chrupkie. Dopiero po wrzuceniu na parę minut do piekarnika było idealne.
Mimo pewnych mankamentów bardzo się cieszę, że jest w stolicy jakaś alternatywa dla pizzy z samymi warzywami.


Od wczoraj można też zjeść pizzę z wegańskim serem w całkowicie wegańskim lokalu- Vegan Pizza na Poznańskiej 7. Dodatkowo otworzył się wegańki bar z hot-dogami przy Marszałkowskiej 68/70, czyli Jamniczek.
W jednym i w drugim miejscu zawitam niestety dopiero w styczniu.

niedziela, 7 grudnia 2014

Bardzo lubię domową granolę. Odkąd zaczęłam ją robić sama, przestałam kupować przesłodzone wyroby ze sklepu. Kiedyś piekłam ich bardzo dużo, potem trochę się uspokoiłam.
Wtedy jednak jeszcze nie ograniczałam olejów ani przetworzonych słodzików.
Dzisiejsza granola nie zawiera ani jednych ani drugich.

Mokrą bazę stanowią świeże owoce i tahini.
Chrupkości dodają całe orzechy, słodyczy- suszone owoce dodane na sam koniec. Dodatek gorzkiej czekolady również okazał się strzałem w dziesiątkę- gdy zastygła, pięknie posklejała ze sobą płatki i orzechy w granolowe kawałeczki.

Przepis możecie dowolnie modyfikować, np. używać innych cytrusów, ulubionych płatków czy orzechów. Możecie dodać wiórki kokosowe, kakao, a tahini zmienić na inne masło z pestek lub orzechów.

Możecie zapakować ją w ładny słoiczek i podarować komuś bliskiemu albo zjeść wszystko samemu. ☺





wtorek, 2 grudnia 2014

Jarmuż odkryłam dopiero w tym roku i bardzo szybko się w nim zakochałam. Najbardziej smakuje mi na ciepło- pieczony lub w gulaszach, takich, jak ten. Dynia jest moją miłością już od dawna, połączenie jej z jarmużem w jednym daniu było tylko kwestią czasu.

To danie syci doskonale dzięki tofu i ziemniakom (tak, ostatnio chętniej jadam ziemniaki!; dla niewtajemniczonych- nie tolerowałam nigdy ziemniaków, chyba że były przerobione na kluski lub upieczone), rozgrzewa też dzięki aromatycznym przyprawom.

Grudzień już się zaczął, ale nie przeszkadza mi to jeść typowo jesienne potrawy.