niedziela, 27 grudnia 2015

Już po świętach, ale wciąż dojadam resztki świątecznego jedzenia, w większości bardzo udanego. Nie ma tego dużo, nie szalałam z ilością. Moja rodzina je tradycyjnie, miała swoje potrawy niejadalne dla mnie, więc rodzice oraz brat mogli mnie wspierać w konsumpcji roślinnych dań w ograniczonym stopniu.




Pasztet pieczeniowy Jadłonomii- do tego oczywiście był też sos pieczeniowy. Pasztet był super, zupełnie inny od tych, które wcześniej jadłam lub robiłam. W sosie natomiast czegoś mi brakowało, ale jeszcze nie wiem czego- musiałabym pokombinować z proporcjami przypraw.




Znowu Jadłonomia, czyli boczniaki herbaciane. Czuć, że nawiązują do śledzi, ale przede wszystkim mają swój własny, oryginalny smak. Okazały się hitem i na pewno będą gościć w mojej kuchni w przyszłości.




Próby z wędliną seitanową MniuMniu- niestety nieudane. Trochę przyspieszyłam cały proces i chyba nie wyszło to na korzyść, bo konsystencja pozostawia wiele do życzenia. Następnym razem zrobię ją według wszelkich prawideł. 




Gar bigosu- brzydki, ale pyszny.




Pierwszy zwijany makowiec w moim życiu, znowu z Jadłonomii. Wyszedł idealny i ze wszystkich ciast zniknął najszybciej. Na przyszłość tylko postaram się, aby wychodził mniej płaski, bo rozrósł się na boki zamiast do góry.

Były też domowe pierogi, barszcz, nawet moja mama porwała się na wypiek wegańskiego keksu- niestety te dobroci nie załapały się na zdjęcia.

A jak Wasze wegańskie jedzenie na święta? Udało Wam się pozytywnie zaskoczyć rodzinę? A może nie obchodzicie i jedliście zupełnie normalnie?
Ja zawsze lubię ten raz w roku przygotować coś, czego zwykle nie jem, bo nie mam ochoty/czasu.


Co w planach?
Powoli wychodzę ze stanu świątecznego relaksu, ponieważ czeka mnie ogrom nauki do sesji zimowej. Wypadałoby też ruszyć bardziej do przodu z pracą licencjacką.

Nie zamierzam jednak zaniedbywać pasji niezwiązanych ze studiami. 

Sukcesywnie dbam o swoje czytelnictwo- obecnie na tapecie są "Wolni Ciutludzie" Pratchetta. Po zakończeniu cyklów o Śmierci i Tiffany Obolałej mam zamiar zapoznać się z twórczością Dukaja.
Długo unikałam czytania książek dla przyjemności podczas roku akademickiego, bo wydawało mi się, że jest to zbyt angażująca umysłowo rozrywka po nauce, ale wszystko zależy od nastawienia. Zbyt wiele jest fantastycznej literatury, żeby odkładać jej odkrywanie na później, bo może nie starczyć czasu. Prezent w postaci czytnika e-booków z pewnością mi to ułatwi.

Poza tym wracam też powoli do śpiewania. Znalazłam zespół muzyczny, z którym być może nawiążę dłuższą współpracę- to motywuje do wyrabiania na nowo techniki.

Jednym z moich celów na ten rok jest też poświęcanie większej uwagi blogowi. Przez moje niezorganizowanie umyka mi sporo pomysłów na dobre jedzenie czy ogólne przemyślenia o weganizmie.

Część z Was być może zauważyła, że ostatnio nie piszę nic o moim amatorskim uprawianiu sportu. Działo się tak dlatego, że musiałam na jakiś czas z niego zrezygnować. Listopad był dla mnie okresem rekonwalescencji po zabiegu chirurgicznym, w grudniu zaś konwencjonalnie się przeziębiłam po demonstracji antyfutrzarskiej Vivy, na której występowałam w futrze ociekającym krwią- niestety pod spodem byłam ubrana dość cienko, a dzień nie należał do najcieplejszych.



Źródło zdjęcia: klik , autor: A. Gac.

Moja kondycja jest więc zerowa, ponadto czuję po ubraniach, że figura odczuła ten brak ruchu przez dłuższy czas.
Powoli więc wracam do regularnych ćwiczeń- na razie są to treningi obwodowe przeplatane jogą. Od stycznia chcę wrócić do biegania i ćwiczeń z wolnymi ciężarami.
Pole dance na razie poszedł w odstawkę ze względu na finanse, ale mam nadzieję do niego wrócić jeszcze w nadchodzącym roku. Tęsknię za rurką.

Jeszcze się zastanawiam nad zajęciami z jogi lub innymi sportowymi w nadchodzącym roku (Fire Workout? Kettle?)- są finansowo bardziej osiągalne niż rurka, a na pewno ćwiczenia pod okiem profesjonalisty wiele by mi pomogły.

Od czasu akcji na Dzień bez Futra gdzieś tam powoli zaczyna się też moja przygoda z bardziej intensywnym aktywizmem i z fundacją Viva, ale na razie ćśśś...

Nie zdążyłam Wam złożyć życzeń świątecznych, za to teraz już życzę szampańskiego Sylwestra i szczęśliwego roku 2016. I nie strzelajcie w Sylwestra, bo tak robią tylko ćwoki.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Tępię resztki choroby. Ostatni tydzień miałam wyjęty z życia.
Nie miałam siły gotować, ograniczałam się do najprostszych czynności w kuchni.
Między innymi piłam litrami taką herbatę.





Składniki na porcję
  • 3 łyżeczki herbaty z dzikiej róży (użyłam takiej, ewentualnie może być malinowa) + 300 ml wody
  • 2 goździki + do nabicia pomarańczy
  • plasterek imbiru
  • szczypta cynamonu
  • łyżeczka soku z cytryny (opcjonalnie, jeśli pomarańcza jest tylko słodka, a nie słodko-kwaśna)
  • 2 łyżeczki marmolady z suszonych daktyli (ugotowanych/namoczonych i zmiksowanych z odrobiną wody) lub ewentualnie syropu klonowego/cukru trzcinowego
  • plaster sparzonej pomarańczy


W czajniku parzymy herbatę z goździkami i startym imbirem, aż napar dobrze naciągnie.
Przelewamy do szklanki/kubka i wrzucamy do środka cynamon, sok z cytryny i wybrany słodzik. Mieszamy.
Plaster sparzonej pomarańczy dzielimy na mniejsze części- może być np. na połówki. Jedną z nich nabijamy goździkami. Dorzucamy do herbaty.
Czekamy chwilę, aż pomarańcza i dodatkowe goździki uwolnią swoje aromaty i pijemy.




poniedziałek, 30 listopada 2015

Niestety nie udało mi się zrealizować indyjskiego listopada, za to grudzień będzie wypełniony daniami zarówno indyjskimi, jak i typowo świątecznymi.
Czekam na Wasze propozycje co do receptur gwiazdkowych- sama mam już parę koncepcji, ale chciałabym też wziąć pod uwagę Wasze potrzeby!

Dzisiaj moje ulubione dodatki do pakory lub samosów- raita i najprostszy dal z soczewicy.

Raita to lekki indyjski sos na bazie jogurtu, przyrządzany z dodatkiem warzyw, rzadziej owoców. Najczęstsze przyprawy to kminek, kumin, mięta i inne zioła. Całość należy zawsze podawać po schłodzeniu w lodówce. Najpopularniejsza jest chyba raita z ogórkiem, podobna do znanego śródziemnomorskiego sosu tzatziki.

Tym razem prezentuję wersję z bakłażanem- sezon na to pyszne warzywo właśnie się kończy, więc lepiej się śpieszyć. Niestety nie udało mi się tutaj uniknąć smażenia na odrobinie tłuszczu. Raita z bakłażanem pieczonym na sucho była zbyt mdła.





Składniki
  • 1/2 bakłażana (ok. 230 g)
  • 1-2 łyżki oleju
  • duży ząbek czosnku
  • łyżeczka mielonego kminku
  • 1/2 łyżeczki mielonego kuminu
  • 1/2 łyżeczki mielonych ziaren kolendry
  • 250 g jogurtu sojowego naturalnego
  • 1/4 szklanki mleka ryżowego
  • pieprz, chili, gałka, kurkuma- po sporej szczypcie
  • 1/2 łyżeczki czarnej soli
  • garstka listków mięty
  • garstka pietruszki

Bakłażana kroimy na cienkie plastry i posypujemy obficie solą. Odstawiamy na 15 minut. Płuczemy i siekamy całość na bardzo drobną kosteczkę.
Na patelni rozgrzewamy olej. Ząbek czosnku kroimy na pół. Jedną połówkę rozgniatamy i wrzucamy na rozgrzany tłuszcz. Smażymy na małym ogniu, aż będzie złoty. Wrzucamy posiekanego bakłażana, mieszamy. Smażymy ok. 10 minut, aż będzie miękki. Pod koniec smażenia zgarniamy bakłażana na jedną stronę patelni. Na pustą część wysypujemy kminek, kumin i kolendrę. Mieszamy z olejem z patelni i prażymy chwilę, aż przyprawy uwolnią intensywny zapach. Mieszamy z bakłażanem, smażymy jeszcze parę sekund i zdejmujemy z gazu. Studzimy ok. 10-15 minut.
W misce mieszamy jogurt, mleko ryżowe, pieprz, chili, gałkę, kurkumę, czarną sól, rozgniecioną drugą połówkę czosnku oraz posiekaną drobno miętę i pietruszkę. Dorzucamy lekko przestudzonego bakłażana i mieszamy. Wstawiamy do lodówki na minimum 30 minut i podajemy.


Uwaga- raitę najlepiej podawać tego samego dnia, którego była zrobiona- po dłuższym przechowywaniu w lodówce gęstnieje i nabiera szarawego koloru.

Najlepiej zjeść ją w ciągu 2-3 dni i przed podaniem wymieszać z odrobiną mleka roślinnego lub wody, aby konsystencja była bardziej odpowiednia dla sosu niż pasty do chleba.







Teraz pora na dal.

Ten tutaj nie ma konsystencji zupy, bliżej mu do gulaszu.
Można go zjeść klasycznie z ryżem lub kaszą, ale będzie też stanowić świetny sos do pakory lub samosów.
Tutaj również postawiłam na tradycję i smażyłam przyprawy według prawideł sztuki.






Składniki na 3-4 porcje


  • łyżka oleju (najlepiej rafinowanego kokosowego)
  • duża cebula
  • 2 łyżeczki garam masali
  • łyżeczka nasion kminku
  • 1/2 łyżeczki nasion kuminu
  • 1/2 łyżeczki kozieradki
  • 1/2 łyżeczki nasion kolendry
  • 1 liść laurowy
  • 2 ziarna ziela angielskiego
  • 2/3 szklanki zielonej soczewicy
  • 1 i 1/3 szklanki bulionu warzywnego
  • 3 średnie marchewki
  • szklanka zielonego groszku
  • cząber, ostra papryka, kurkuma, sól himalajska
  • łyżeczka tamari (oryginalnie się go nie używa, ale polecam- dodaje głębi)
  • łyżka skrobi kukurydzianej + odrobina wody/mleka roślinnego


Na patelni rozgrzewamy olej. Wrzucamy posiekaną cebulę i szklimy na niewielkim ogniu. Pod koniec smażenia wrzucamy garam masalę, kminek, kumin, kolendrę, kozieradkę (całe nasiona zawsze wrzucamy przed przyprawami mielonymi i prażymy kilka-kilkanaście sekund dłużej). Gdy przyprawy zaczną wydzielać intensywny zapach, wrzucamy przepłukaną soczewicę, liść laurowy, ziele angielskie. Mieszamy i zalewamy całość gorącym bulionem. Przykrywamy i gotujemy na małym gazie 15 minut.

Po tym czasie dodajemy pokrojoną w kostkę marchew i gotujemy kolejne 15 minut.
Przez cały czas gotowania mieszamy całość raz na jakiś czas i w razie potrzeby dolewamy bulionu lub wody.
Po upływie kolejnych 15 minut wrzucamy zielony groszek i dodajemy resztę przypraw. Po ok. 5 minutach, gdy warzywa i soczewica będą już wystarczająco miękkie, rozrabiamy skrobię z płynem i powoli wlewamy do gotującego się dania, nie przerywając mieszania. Gdy zgęstnieje, zdejmujemy z gazu i podajemy.


Smacznego!







środa, 4 listopada 2015

Post o niczym.
Tak po prostu, bo nazbierało się ostatnio parę ciekawych rzeczy, nie tylko w mojej kuchni.




Na początek oczywiście trzeba wrzucić zdjęcie, na które załapał się kotek. Kotki nabijają wyświetlenia.

Rzecz, którą Miauczysław się zainteresował, to czystek. Piję go niemal codziennie od jakiegoś miesiąca, z myślą o jego wpływie na odporność i cerę.
Jeżeli chodzi o odporność, to na razie nie zauważyłam większej poprawy. Cera? Jest nieco lepiej. Twarz z wielkich krost zgromadzonych wyspowo przerzuciła się na malutkie krostki rozsiane rzadziej w okolicach brody i skroni.

 Niezbyt to smaczne, ale już się przyzwyczaiłam.





Słodki prezent. Jeżeli mignęły Wam te masłoorzechowe Oreo u mnie na blogu, Fejsiku czy Instagramie, to już wiecie, że je uwielbiam. Nie mam jednak na nie teraz ochoty, bo ledwie parę dni temu skusiłam się na czekoladę Peanut Butter Wawelu i mam na razie dość tego typu słodyczy. Odłożyłam do szafki, może wykorzystam do jakiegoś ciasta na wypasie.





Z serii "bo promocja była"- w Carrefourze w zeszłym tygodniu mleko Koko było za 6,99 zł, oba rodzaje. Normalnie jest za 8-10 zł. Nic, tylko brać.





Kupiłam na spróbowanie kawę bezkofeinową. Smakuje jak zwyczajna. Fajna opcja, jak chce się wypić dla smaku, a nie na rozruch. MK Cafe, kupiona w osiedlowym supermarkecie- z mlekiem Koko, w najładniejszym kubku na świecie.




Pierwsze kasztany jadalne- upiekłam i zjadłam same, żeby zobaczyć co to za licho. Całkiem smaczne licho, ale samo za bardzo zapycha. Zrobię z nich pewnie jakiś słodki krem, na ostro też coś pokombinuję.




Nowe tofu, w dodatku nie wymagające przechowywania w lodówce. Twarde i zaskakująco smaczne. Jadłam różne rodzaje tofu przechowywanych w temperaturze pokojowej i zazwyczaj były drewniane. To jest naprawdę ok.




Chyba wspominałam o tym już na fanpejdżu- przerzuciłam się jakiś czas temu na sól himalajską. Używam jej też bardziej świadomie. Smak- normalna sól. Na razie nie jestem w stanie stwierdzić, czy ma jakiś wpływ na mniejsze zbieranie wody w organizmie, ale była tania, więc nie narzekam.




Lubię kremy Himalaya do twarzy. Kupiłam taki, oswajając się ze swoją przyszłą starością, aby zakonserwować brak zmarszczek zawczasu.




Boli mnie, że mam mało czasu na czytanie dla czystej przyjemności. Postanowiłam temu zaradzić i zawsze mieć jakąś książkę przy sobie, żeby uprzyjemniać sobie podróże komunikacją miejską. Na pierwszy ogień poszedł "Kosiarz" Pratchetta wypożyczony z BUWu. Stan egzemplarza świadczy o tym, że był mocno czytany. I w sumie nie ma czemu się dziwić.




Odebrałam dzisiaj dzbanek z filtrem. Wreszcie czysta kranówka do picia.




"Bo promocja była", znowu Carrefour. Tym razem owoce egzotyczne- sharonki, mango, awokado, kaktus, granat, bio banany- te ostatnie kosztowały 4,99 zł za kilogram. Jeszcze niedawno tyle kosztowały zwykłe. Spróbowałam jednego- rzeczywiście słodsze niż normalne. Z resztą poczekam, aż zupełnie stracą zielonkawy odcień.

niedziela, 1 listopada 2015

Listopad ogłaszam miesiącem kuchni indyjskiej! Spodziewajcie się na blogu zatrzęsienia południowoazjatyckich przysmaków.
Pomyślałam o takim miesiącu tematycznym, ponieważ szczerze uwielbiam kuchnię indyjską, a przepisów w tym duchu opublikowałam dosyć mało.

Indie słyną z kuchni pełnej aromatycznych przypraw i mocnych smaków. Dodatkowo jeżeli weźmiemy na warsztat kuchnię hinduską, to okaże się, że wszystkie dania są wegetariańskie. Powszechnie występuje w niej nabiał i masło Ghee, ale są to składniki łatwe do zastąpienia.

Będę jednak nie tylko weganizować przepisy, ale w miarę możliwości również je "uzdrawiać". W przepisach indyjskich powszechne jest smażenie- zarówno masali, jak i całych przekąsek w głębokim tłuszczu. Będę starała się ograniczać takie praktyki do minimum.

Dzisiaj na warsztat weźmiemy pakorę. Jest to przekąska z warzyw zanurzonych w cieście z mąki z ciecierzycy, czyli besan. Zazwyczaj smaży się ją w głębokim tłuszczu, udało mi się jednak opracować przepis, który tego nie wymaga. Nadal trzeba użyć odrobiny oleju, ale jest go w ostatecznym rozrachunku zdecydowanie mniej.

Kluczem do sukcesu jest dobrze nagrzany piekarnik i blacha, odpowiednia kompozycja przypraw (ciasto nie może być mdłe!) oraz naprawdę gładka mąka besan- grudkowata i gorzka odpada! Polecam - znajdziecie ją w Evergreenie, Kuchniach Świata oraz w lepszych supermarketach.





Składniki na 2 porcje obiadowe lub 3-4 na przekąskę
  • szklanka mąki besan
  • 2/3 szklanki wody
  • łyżka oleju + do posmarowania blachy
  • sól
  • 2 szczypty kurkumy
  • czubata łyżka siekanych listków kolendry
  • 2/3 łyżeczki mielonego kuminu
  • 2/3 łyżeczki mielonego kminku
  • duża szczypta chili
  • rozgnieciony ząbek czosnku
  • łyżeczka garam masala
  • 1/3 łyżeczki mielonego imbiru
  • czubata łyżeczka czarnuszki
  • duża szczypta asafetydy
  • średniej wielkości kalafior lub inne ulubione warzywa (polecam brokuł, brukselkę, marchew, ziemniaki)


W misce mieszamy mąkę besan z wodą i olejem. Dodajemy wszystkie przyprawy, ponownie mieszamy i odstawiamy na ok. 20 minut. Ciasto powinno mieć konsystencję taką samą, jak na pancakes- musi być dość gęste, aby nie spływało za mocno z warzyw.
Nagrzewamy piekarnik razem z blachą do ok. 230 stopni z termoobiegiem.
Wrzucamy średniej wielkości kawałki surowego kalafiora do ciasta i mieszamy tak, aby każda różyczka była obklejona masą.
Nagrzaną blachę wykładamy papierem do pieczenia i smarujemy jego powierzchnię odrobiną oleju.
Wykładamy kawałki kalafiora w cieście.
Wstawiamy do piekarnika na 20 minut. W połowie pieczenia odwracamy pakorę na drugą stronę.
Podajemy na gorąco lub na zimno z ulubionymi dodatkami- polecam prosty dhal z soczewicy lub delikatny, jogurtowy sos raita, na które przepisy już wkrótce.

Smacznego!





Taką pakorą warto świętować Światowy Dzień Wegan!

Z okazji tego święta Shape It tylko dzisiaj ma dla Was darmową dostawę przy zakupie białka z groszku Green Love- tutaj recenzja.
Dodatkowo wciąż obowiązuje rabat 15% przy wpisaniu kodu SZPINAK115, a więc jest to najlepszy moment na zakup. ☺



sobota, 24 października 2015

Te ciastka miały w założeniach nawiązywać do popularnego batona z karmelem, fistaszkami i czekoladą.

Nawiązują, ale są oczywiście inne- zdrowsze, dla mnie też smaczniejsze, bo przez lata odzwyczaiłam się od słodyczy składających się z dużych ilości cukru, syropu glukozowo-fruktozowego i utwardzonych tłuszczy.

Zresztą, jak coś, co ma w sobie daktyle i masło orzechowe może nie smakować? ☺

Inspiracja przyszła, kiedy przedstawicielka Shape It podesłała mi plik z przepisami, do których można wykorzystać białko groszkowe Green Love (recenzja tutaj).
Luźno zasugerowałam się jednym z nich, aby stworzyć snickersowe ciastka.

Zasadniczo białko z groszku lepiej spożywać bez obróbki termicznej, ale bardzo fajnie sprawdza się też w wypiekach. Razem ze skrobią dobrze wiąże ciasto z mąki, w której nie ma zbyt wiele (lub wcale) glutenu.

Może nie jest to wypiek z gatunku mało kalorycznych, ale nie ma sensu zbytnio się tym przejmować, dopóki dostarczamy sobie wraz z przyjemnością dla podniebienia wielu cennych wartości odżywczych.

Pozwól sobie na chwilę relaksu, usiądź na moment przy kawie/herbacie i zjedz ciastko.
Ciastka są dobre. Zwłaszcza takie.♥




środa, 21 października 2015

Książka Jane McCartney wpadła mi w ręce dość dawno, w zasadzie w podobnym czasie, co zrecenzowane z poślizgiem "Przepisy Mistrzów".
Traktuje ona o problemie jedzenie emocjonalnego, czy też kompulsywnego, które wśród zaburzeń odżywiania jest wciąż trochę spychane na margines jako mało poważny problem. Nie chcę uogólniać, jednak osobiście odnoszę takie wrażenie, gdy rozmawiam na ten temat z innymi ludźmi.





środa, 14 października 2015

Uwielbiam witariańskie ciasta na bazie bakalii. Są sycące i pyszne, dają dużo energii, mają jednak pewną wadę- zazwyczaj cena za wszystkie składniki przyprawia o zawrót głowy. Kupowanie dużych ilości nerkowców, migdałów, pekanów czy orzechów włoskich nie jest przyjazne studenckiej kieszeni. Z tego powodu w mojej głowie urodził się pomysł na obniżenie kosztów produkcji tego typu deseru.

Użyłam tutaj najtańszych suszonych owoców- daktyli oraz rodzynek. Z tłuszczowych produktów użyłam również tego, co najmniej daje po kieszeni- siemienia i wiórków kokosowych na spód oraz pestek słonecznika jako bazy do warstwy "serowej".

Słonecznik jest tanim jak barszcz, niedocenianym polskim superfoodem- warto go włączyć do codziennej diety ze względu na wysoką zawartość witaminy E.

Jedyny droższy składnik, jakiego tu użyłam, to olej kokosowy, ale nie ma go tu dużo. Poza tym wychodzi dużo taniej, jeśli kupicie go w litrowym słoiku- mnie taki starcza na rok użytkowania (można go z powodzeniem pominąć w poszczególnych warstwach, jeśli bardzo nie chcecie go używać- w przepisie wytłumaczę co dać zamiast). Wydawać by się mogło, że do droższych komponentów należą też mango i granat, jednak warto pamiętać, że mamy teraz sezon na egzotyczne owoce i na bazarach można dostać je już za 2-3 złote za sztukę.

Z racji użycia szarego słonecznika ciasto nie ma tak nieskazitelnego koloru jak nerkownik czy migdalnik, ale smakiem absolutnie nie ustępuje- jest godną alternatywą.

Uwaga, bomba kaloryczna! ☺




Składniki na małą tortownicę (średnica 22 cm)

Spód
  • 150 g suszonych daktyli
  • 15o g rodzynek
  • 4 łyżki zmielonego siemienia lnianego
  • ok. 85 g wiórków kokosowych zmielonych na mączkę
Masa serowo-mangowa
  • 300 g słonecznika
  • ok. 440 g miąższu dojrzałego mango
  • sok i skórka z jednej małej sparzonej cytryny
  • sok i skórka z jednej małej sparzonej limonki
  • 4-6 łyżek ksylitolu lub cukru
  • po sporej szczypcie kardamonu i kurkumy
  • 215 g wiórków kokosowych zmielonych na mączkę
  • 4 lekko czubate łyżki surowego, pachnącego oleju kokosowego

Wierzch
  • polewa czekoladowa- ok. 75 g suszonych daktyli, woda, mały plasterek imbiru, spora szczypta chili, 3 czubate łyżki kakao, 2-3 łyżki surowego pachnącego oleju kokosowego
  • pestki granatu




Pestki słonecznika na masę serową moczymy co najmniej przez 8 godzin.

Daktyle i rodzynki na spód moczymy w ciepłej wodzie, aż trochę zmiękną- nie mogą się zamienić w kompletną ciapę! Po odsączeniu miksujemy je na gładką masę i dodajemy do niej siemię oraz mączkę kokosową, zagniatamy na zwarte "ciasto". Masą wykładamy spód tortownicy posmarowanej odrobiną oleju kokosowego i wstawiamy do zamrażarki.

Pestki słonecznika płuczemy na sitku. Miksujemy na gładką masę razem z miąższem mango, sokiem i skórką cytryny oraz limonki, ksylitolem/cukrem, kardamonem i kurkumą (ewentualnie z ziarenkami wydłubanymi z laski wanilii). Dodajemy mączkę kokosową i rozpuszczony w kąpieli wodnej olej kokosowy*.

Tak przygotowaną masę wykładamy do formy, wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy z powrotem do zamrażarki na ok. 4 godziny.

Aby przygotować polewę umieszczamy daktyle w rondelku, dodajemy plasterek imbiru podzielony na mniejsze kawałeczki i zalewamy wodą do poziomu suszonych owoców. Wstawiamy na mały gaz, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy chwilę, aż daktyle mocno zmiękną i trochę się rozpadną. Dodajemy kakao, chili i olej kokosowy**, miksujemy na gładką masę.
Lekko przestudzoną polewę nakładamy na wierzch ciasta i ozdabiamy pestkami granatu.

Ciasto wstawiamy do lodówki na całą noc.

Smacznego!

*jeżeli nie chcesz dodawać oleju kokosowego do masy serowej, dodaj więcej mączki kokosowej- 100 g powinno wystarczyć, masa wtedy ma się zrobić bardzo gęsta
** w polewie olej kokosowy można zastąpić odpowiadającą wagowo ilością gorzkiej czekolady; jeśli obawiasz się, że polewa będzie zbyt kakaowa, zmniejsz odrobinę ilość kakao i wody











czwartek, 8 października 2015

Ser z ziemniaka i marchewki obiegł już wzdłuż i wszerz wegańsko-kulinarną strefę Internetu.
Pierwszy raz zrobiłam go według jakiegoś zagranicznego przepisu i moja reakcja sprowadzała się do "meeeh". Był niezły, ale bez szału. Nie od razu, ale ułożył mi się w głowie plan, jak podkręcić jego smak.

Moim zdaniem ten twór absolutnie nie smakuje jak tradycyjny ser. 
Jest naprawdę boski w smaku, ale jako autonomiczny, roślinny produkt. Trzeba tylko pamiętać o kilku kluczowych aspektach.

1. Płatki drożdżowe- wiadomo, bez tego się nie obejdzie. Warto zainwestować w lepszej jakości nieaktywne drożdże. Te z Evergreena są najtańsze, ale moim zdaniem jednak za słabe w smaku. Swoje kupiłam w Żółtym Cesarzu, świetne bywają też w Kuchniach Świata.
2. Cebulę lepiej przypalić nad palnikiem. Doda głębi.
3. Zamiast oleju lepiej użyć namoczonych orzechów lub pestek, najlepiej nerkowców. Dodają znacznie więcej walorów smakowych niż olej.
4.Wędzonka! Użyj wędzonej papryki albo wędzonej soli (ale lepiej papryki).

Gotowi? No to blendery w dłoń!



poniedziałek, 5 października 2015

Już dość dawno temu otrzymałam egzemplarz recenzencki tej książki, niestety wiele zobowiązań i wypadków uniemożliwiło mi jej gruntowną lekturę w oparciu o którą mogłabym napisać rzetelną recenzję. Dziś nastał ten dzień, w którym wreszcie jestem w stanie napisać o niej parę słów.

„Nowoczesne zasady odżywiania: Przepisy Mistrzów” to książka kucharska autorstwa Leanne Campbell, córki znanego w wegańskim środowisku doktora T. Colina Campbella, autora takich publikacji jak „Nowoczesne zasady odżywiania”, „Ukryta prawda” czy „Niskowęglowodanowe oszustwo”.



sobota, 3 października 2015

Nawiązałam jakiś czas temu współpracę z Shape It- sklepem z artykułami dla aktywnych kobiet (chociaż faceci moim zdaniem też mogliby spokojnie z nich skorzystać).

Nie jest to sklep stricte wegański, ale znalazł się tam jeden produkt kierowany do weganek, a mianowicie białko z groszku Green Love. Z chęcią zgodziłam się na przetestowanie go, zwłaszcza, że próbowałam już białka grochowego The Protein Works i byłam ciekawa tego, jakie będą różnice.




środa, 30 września 2015

"Czy wszystkie weganki to feministki?"- zapytał kolega z uśmieszkiem politowania, kiedy powiedziałam, że nie musi nieść wszystkich moich bagaży, bo ja też mam dwie ręce.

Tak, jestem weganką i feministką. Ba, moim zdaniem, jeżeli jest się weganinem ze względu na zwierzęta, a wcześniej kwestie równości płci nie były w obszarze bezpośredniego zainteresowania- feminizm to naturalna konsekwencja. Nie zawsze oczywiście musi tak być. Jeżeli więc jesteś weganinem/weganką, ale bronisz się przed przyczepieniem Ci "łatki" feministy/feministki- może warto przemyśleć sprawę jeszcze raz?



poniedziałek, 21 września 2015

Sambar- pod tą egzotyczną nazwą kryje się indyjska zupa, która składa się zazwyczaj z różnych warzyw, soczewicy, ziemniaków i tamaryndowca. 
Tamaryndowiec to kwaśny w smaku owoc. Można go dostać w Kuchniach Świata, sklepach z żywnością azjatycką i większości delikatesów w formie bloczku z suszonych owoców lub gotowej pasty- ze względu na wygodę użytkowania polecam tę drugą opcję.
Sposób doprawiania, dodatek kokosa i innych "bajerów" zależy już właściwie od inwencji kucharza oraz zawartości lodówki i szafek.
Tworząc swoją wersję wspomagałam się przepisami z I can't believe it's vegan i Vegelicious.
Obecnie ten rozgrzewający przysmak jest u mnie na szczycie subiektywnego rankingu zup, do spółki z japońską Miso Shiru.

Idzie jesień, trzeba się ogrzać. Koc, kot i zupa to zestaw idealny.




piątek, 18 września 2015

Już jestem po egzaminach. Jeszcze tylko brakuje mi jednej oceny, rozliczenia i już zaraz będę oficjalnie na trzecim roku studiów (praca licencjacka, aaaa!).

Obecnie korzystam z odrobiny wolnego czasu przed październikiem i odgruzowuję inne dziedziny życia.

Jem nadal do bólu prosto- w tym sensie, że robię dania wymagające ode mnie jak najmniej wysiłku. Jedynie zestawienia produktów czy przypraw mogą wydawać się mniej oczywiste, jak na przykład w tej sałatce. Na co dzień rzadko jadam glony. Oszczędnie używam też pasty miso ze względu na jej cenę.

Glony polecam kupować w Kuchniach Świata lub sklepach z żywnością azjatycką, wychodzi taniej. Natomiast moje ulubione miso kupuję tutaj.

I chociaż na pierwszy rzut oka ta sałatka to "sama trawa" i nie da się tym najeść- nic bardziej mylnego. Wakame są zaskakująco sycące, a to za sprawą dużej zawartości białka.



wtorek, 1 września 2015

Jestem teraz tuż przed egzaminami poprawkowymi.
Już trochę wariuję, mózg zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Daję więc sobie chwilę wytchnienia pisząc tego posta.

Jakiś czas temu napisała do mnie Diana z YEStem- firmy oferującej wegańskie usługi cateringowe w Warszawie.
Po dogadaniu z Dianą moich preferencji (zero wysoko przetworzonych słodzików, dania nisko tłuszczowe i niesmażone) oraz małych zawirowaniach organizacyjnych (przy całej mojej sympatii do Was- uważajcie na to ☺) dotarła do mnie paczka-niespodzianka.
Oto, co w niej znalazłam.






1. Śniadanie: pasta "rybna" z tofu, pieczywo razowe, do tego kiszony ogórek i paseczki marchewki.
To było moje pierwsze śniadanie na słono od bardzo dawna. 

środa, 19 sierpnia 2015

Z tym majonezem długo nie potrafiłam sobie poradzić. Umiałam ukręcić dobry majonez z fasoli, a nawet dietetyczny majonez z wietnamskiego tofu, ale nie radziłam sobie z tym najbardziej klasycznym- z mleka sojowego.

Już teraz wiem, co robiłam nie tak.

Przede wszystkim za szybko wlewałam olej podczas miksowania. Trzeba zaopatrzyć się w naczynie z dzióbkiem i lać olej cienką stróżką, powoli i cierpliwie.
Wcześniejsze zakwaszenie mleka octem i długie miksowanie z resztą składników też nie jest bez znaczenia.

Taki majonez ukręcicie bardzo szybko. Ze względu na dużą zawartość tłuszczu, może spokojnie trochę postać w lodówce. 
Zasmakuje on też osobom, które nigdy nie przepadały za tradycyjnym majonezem (to ja!).

Ja wiem, że niezdrowe, w końcu sam olej i soja, apage szatanie i te sprawy. Ale mimo mojej miłości do zalet nisko tłuszczowej diety uważam, że warto czasem sobie darować. Zwierzętom wszystko jedno. A takim zbliżonym do tradycyjnego majonezem prędzej przekonacie niedowiarków, że na weganizmie naprawdę nie trzeba z niczego rezygnować.


W opracowaniu mojego przepisu pomógł mi bardzo ten od Jadłonomii.