poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pierwszy poniedziałek 2015. Fotomenu.

13 komentarzy:
 
Wszyscy zgodnie nienawidzą poniedziałków, dziś więc zainspiruję Was dobrym jedzeniem na koniec tego nielubianego powszechnie dnia tygodnia.

Cały grudzień był dość junk foodowy jak na mnie. Sporo wegańskich przetworzonych "szatańskich" produktów (bo przecież można samemu z fasoli zrobić), gdzieś tam wpadały czekolady z masłem orzechowym. Na to wszystko choroba, stres, bezsenność- a więc mniej ćwiczeń. Ciało wołało o pomstę. O dziwo Święta okazały się dla niego odpoczynkiem, zareagowało niewielkim spadkiem wagi i uspokoiło się nieco.

Teraz staram się przywrócić równowagę, zaradzić ospałości i spowolnieniu- nie chcę zapadać w zimowy sen. ☺ W związku z tym kładę większy nacisk na regularniejsze treningi i do swojego codziennego menu wprowadzam jeden całkowicie surowy posiłek. I banan zjedzony na podwieczorek się nie liczy. Ma to być jeden z głównych posiłków, czyli śniadanie, obiad lub kolacja. Na razie są to tylko śniadania lub kolacje, chyba moje przyzwyczajenie do gotowanego obiadu wygrywa... Ale jeszcze pomyślę w tym temacie.

Dlaczego tak? Bo mój układ pokarmowy wtedy lepiej pracuje. Zauważyłam, że mój żołądek najlepiej przyjmuje surowe owoce. Na drugim miejscu są surowe warzywa, ale tak samo dobrze np. reaguję na warzywa gotowane na parze. Mam więcej sił do działania.

Jeden raw posiłek w ciągu dnia mam zamiar zjadać przez cały styczeń. Potem zobaczę. Myślę o Raw Till 4 w niedalekiej przyszłości. Może na wiosnę?





Smoothie: grejpfrut, pomarańcza, 3 małe banany, łyżka mielonego siemienia, łyżka mielonego czarnego sezamu, plaster imbiru, goji na wierzchu.



Zupa "azjatycka" na włoszczyźnie, z dodatkiem brukselki i zielonego groszku, brązowej soczewicy i brązowego ryżu (jednego i drugiego wyszło chyba jakoś po dwie łyżki suchych), grzyby mun, kombu, trochę tamari i białego miso. Na wierzchu pietruszka, trochę pestek dyni i sok z cytryny.



Przedtreningowy podwieczorek: ćwiartka miodowego melona, suszone śliwki i daktyle, 2 kostki gorzkiej czekolady.



Sałatka: 2 kiszone ogórki, pół papryki, 6 pieczarek, niecałe pół paczki mrożonego bobu, kiełki lucerny, czarne oliwki, pestki słonecznika; doprawiona pieprzem, sokiem z cytryny i kapką agawy (dawno jej nie używałam i w sumie mi jej nie brakowało, ale jak już mi mama kupiła... w tym tempie starczy mi na najbliższy rok). Do tego dwie kromki razowca.


W międzyczasie piłam zieloną herbatę, skrzyp, pokrzywę, miętę, jedną kawkę i dużo wody.
Wpadł też całkiem udany trening siłowy w domowych warunkach.

A jak Wasze diety po Świętach? Detoks czy zlewka? ☺

13 komentarzy:

  1. Ale smakowitości jadasz :)
    U mnie po świętach zero słodyczy - na nowo przestaję je jeść. Brak fast foodów i gotowych przekąsek, za to więcej warzyw i owoców, ziołowych herbatek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warzywa, owoce i ziółka- popieram ;)

      Usuń
  2. Wszystko wygląda przepysznie, a najbardziej podoba mi się owsianka :) Dzisiaj właśnie naszło mnie na bób i niestety nie spotkałam w żadnym sklepie mrożonego, ale poszukam jeszcze w najbliższych dniach :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ding dong, tu nie ma owsianki :D
      Mrożony jest niezły, ale nie ma to jak ten wiosenny :3

      Usuń
  3. ciekawe z tym raw :) ja bym nie wytrwala w całości, ale taki jeden posiłek nie robi różnicy, a warto czegoś próbować w życiu!
    zapraszam :) http://iluminatium-mundi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. przepyszne posiłki! tak mogłabym jadać, zresztą - moje wyglądają całkiem podobnie :) a surowe warzywa i owoce zdecydowanie najlepiej chrupać albo wypijać :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie zaczynanie dnia od koktajlu owocowo-warzywnego z siemieniem lnianym weszło w nawyk.

    Mój organizm też jakoś sprawniej funkcjonuje na surowiźnie ale tego muszę zjeść sporo więcej niż wsuwam normalnie... miałam mocno witariańskie lato, czułam się swietnie ale z wypłatą schodziłam do spodu :P A to boróweczki hamerykańskie, a to morelki etc, niby hurtowo a zjadałam w 1 dzień :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie bardzo rozumiem to zafascynowanie RT4... Po co wpakowywać się na siłę w kanony "surowo do 16", kiedy można jeść zwyczajnie i nie trzymać się tej "magicznej godziny". Masz ochotę na gotowany obiad -śmiało, wsuwaj (i ja też wolę obiady gotowane). Poza tym, ta niejaka Freelee promuje stanowczo zbyt niskie spożycie warzyw, IMO, choć pewnie o tym wiesz ;)
    A ogólnie, zgadzam się - surowe warzywa i owoce są niezwykle potrzebne. A moja dieta świąteczna niewiele się różniła od przedświątecznej... ok, było mniej umiarkowania xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie chodzi mi tutaj o trzymanie się magicznej godziny 16, bardziej o zjedzenie dwóch pierwszych posiłków w wersji surowej. Podobno wtedy lepiej się wszystko trawi. ;)

      Usuń
    2. Prawda, co nie zmienia jednak faktu, że RT4 jest, nazwijmy to, "wymysłem komercjalnym" :-]

      Usuń
  7. Nie trzymamy się, ściśle wytyczonych zasad, które oznaczone są jako już opracowana dieta. Jednak kiedyś po przeczytaniu co to dokładnie jest RT4 stwierdziłyśmy, że zachowujemy wiele z tych punktów. A dzieję się tak, ponieważ w wyniku wsłuchania się w nasze organizmy stwierdziłyśmy, że to właśnie nam służy :) Więc my bardzo popieramy ten styl życia, ale wiadomo, że nie jest on dla wszystkich, ponieważ każdy powinien sam stwierdzić czy te zasady są dla niego dobre czy nie ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Też ostatnio myślę o RT4 głównie w kontekście wprowadzenia większej ilości surowych posiłków, bo chwilowo jedyne co mi wpada surowego to koktajle, a i to tak niezbyt często ostatnio.
    Po świętach niestety zero diety. Miałam oczyszczać organizm na nowy rok, a zamiast tego dzisiaj robię drożdżowe ślimaczki :D

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli nie masz konta w bloggerze, podpisz się imieniem lub ksywą. Będzie mi bardzo miło wiedzieć z kim rozmawiam. :)
Miłego dnia!