wtorek, 25 października 2016

Weganka w Southampton

4 komentarze:
 
Nie, dieta dr Dąbrowskiej mnie nie zabiła. Żyję i mam się lepiej niż przez ostatnich parę miesięcy, choć wciąż brakuje mi czasu i sił na odświeżanie bloga. Treści pojawiające się tutaj w najbliższej przyszłości będą pewnie częściej dotyczyć produktów/miejsc przyjaznych weganom i luźniejszych dywagacji związanych z okolicą, w której ostatnio mieszkam, niż wymyślnych roślinnych przepisów. Moja kuchnia jest malutka, a czas wolny skurczony.

Tak się złożyło, że wyniosłam się na pół roku z Warszawy do Southampton w celach zarobkowych. Pracuję w hurtowni spożywczej, gdzie pakuję owoce i warzywa na zamówienia klientów. Można by rzec, że praca wielce wegańska. Do tego mam możliwość kupowania wszystkich produktów w cenach hurtowych, w mojej kuchni nigdy nie brakuje więc zieleniny i bananów. Niestety zmiany są nocne, przez co rzadko udaje mi się wyjść z mieszkania za dnia. W odstawkę poszedł również sport, na który zwyczajnie brak mi sił.

Samo miasto jednak urzekło mnie swoim klimatem. Nie jest to ani wielka metropolia, ani zabite dechami miasteczko. Żyje się przyjemnie. 







O2 Guildhall nocą i za dnia. Flagowy dla Southampton kawałek architektury w samym centrum. Plac przed tym budynkiem jest miejscem spotkań i eventów. Ciekawe miejsce do obserwacji toczącego się życia.





Ulica sąsiadująca z O2 Guildhall- puby, sklepy, centra handlowe. Bardziej tłoczno jest tu po zmroku, bez względu na to, czy jest to dzień powszedni, czy też weekend.
Sama nie biorę udziału w takich eskapadach, jedynie obserwuję. Nie jestem specjalnie imprezową osobą.
Anglia jednak odczarowała mi nieco alkohol ze względu na wysoko rozwiniętą kulturę picia cydru. Zdarza mi się raz na jakiś czas wypić gruszkowego Rekorderliga.





Okolice West Quey, największego w mieście centrum handlowego. Niedaleko stąd do starego miasta pełnego urokliwych kamienic i kościołów. Niestety nie miałam ostatnio czasu porobić tam zdjęć.





Brama miejska.






Southampton okazało się bardziej przyjazne weganom, niż się spodziewałam. W tym poście skupię się raczej na możliwościach zakupowych-jedzeniowych. Zbyt rzadko stołuję się na mieście, aby móc się na obecną chwilę wypowiadać o restauracjach. Na razie wspomnę ogólnie, że stricte wegetariańskich knajp jest jak na lekarstwo, praktycznie wszędzie jednak da się zjeść coś smacznego bez produktów odzwierzęcych, a wiele zwykłych restauracji ma oddzielne wegańskie menu.

Jeżeli chodzi o supermarkety, najwięcej produktów wegańskich znajdziecie w tych droższych, takich jak Sainsbury's czy Morrisons- od substytutów mięsa, jogurtów czy serów, przez słodycze, aż po gotowce. W dyskontach typu Aldi czy Lidl nie znajdziecie zbyt wielu rzeczy tego typu. Wyjątkiem jest Asda- jest to relatywnie tani supermarket, który obfituje w ciekawostki dla roślinożerców.





Zazwyczaj na co dzień nie jadam wielu przetworzonych wegańskich produktów. Stale pojawia się u mnie tylko mleko roślinne jako składnik śniadań i kawy (czarna jest spoko, ale cappuccino na sojowym bije wszystko na głowę). W Asdzie (tak się to odmienia po polsku?...) wybór jest ogromny, a ceny bardzo korzystne. Standardowe rodzaje Alpro kosztują ok. 1,30, na luzie da się kupić też tańsze mleka za funta lub mniej. Rekordzista kosztował jakieś 70 p. Do tego te droższe mleka często bywają na promocjach. Uwielbiam np. mleko Koko- jak wielka była moja radość, gdy oba jego rodzaje można było kupić za funta!





W Anglii na stałe do mojego menu wszedł jeszcze jeden tego typu produkt- jogurty. Alpro są tutaj szeroko dostępne, a to chyba najpyszniejsze jogurty jakie jadłam w ogóle (uwzględniając te mleczne). Do tego TE CENY. Grzech przynajmniej nie spróbować.







Pewnym problemem jest tofu. Anglicy chyba nie bardzo w nim gustują, toteż zazwyczaj dostaniecie tylko ten jeden rodzaj pokazany na zdjęciu lub nic. Jest całkiem smaczne, ale nie umywa się do czeskiego Sunfooda czy tego od warszawskich Wietnamczyków. Za jakimiś innymi markami i smakami trzeba się nieco nachodzić, o czym za chwilę.
Tofu Cauldron znajdziecie między imitacjami mięsa, których w różnych supermarketach jest od groma, ale niestety większość z nich zawiera jajka. Trudno jest znaleźć między nimi coś w 100% roślinnego. Wiodąca w UK marka produkująca wege mięsa, Quorn, dopiero niedawno wpadła na pomysł robienia produktów dla wegan. Dostępne są bodajże ich burgery i kawałki "kurczaka", które znaleźć można w zamrażarkach w działach Free From.





Odkryłam te lody kiedyś przypadkiem, jedyne roślinne w tym supermarkecie. Nie pamiętam ceny. Były naprawdę pyszne, ryżowe się chowają.





Dział Free From nie jest może jakiś gigantyczny, ale da się tam znaleźć sporo ciekawych produktów. To było moje pierwsze podejście do brytyjskiego świątecznego puddnigu. Nieco zaklejający, ale podoba mi się połączenie słodyczy z brandy. Pokuszę się kiedyś o stworzenie swojej wersji.





Brytyjczycy uwielbiają kuchnię hinduską. W dziale kuchni świata znajdziecie pełno indyjskich produktów. Sos Tikka Masala zazwyczaj ma dodatek śmietanki w proszku, w dziale Free From znajdziecie go jednak bez zabielenia. Można w trakcie gotowania dodać do niego odrobinę mleczka kokosowego. Kupuję go czasem, gdy mam ochotę zrobić coś w tych klimatach na szybko.






Wegański sos Worcester był moim marzeniem, wszędzie jednak widziałam jedynie wersję z anchovis. W Asdzie dorwałam taki. Bardzo "umami".



Poniżej inne ciekawe rzeczy, które wpadły mi ostatnio w ręce, niekoniecznie w Anglii.





Dołączona do białka z groszku L-Karnityna w przesyłce od Shape It. Nie ćwiczę obecnie zbyt wiele, biegam jedynie z częstotliwością 1-2 razy na tydzień, stosowanie jej więc jest bezcelowe. Leży na półce i czeka na lepsze czasy.




Sproszkowane masło orzechowe o obniżonej zawartości tłuszczu (13 g na 100 g produktu). Dorwałam je w małym sklepiku ze zdrową żywnością Grape Tree. Bardzo smaczny dodatek do smoothies i owsianek.




Żeby nie było, że objadam się tylko przetworzonym junk foodem- korzystam też z dostępności warzyw mniej popularnych w Polsce. Zakochałam się w brukwi. Jest tak tania, jak u nas buraki, dostępna wszędzie i można z niej zrobić przepyszne curry (tak, planuję dodać przepis!).





To akurat również przywiozłam z Polski. Od dawna byłam ciekawa smaku zielonej herbaty matcha. Dopracowuję swoją własną wersję matcha latte. Chciałabym też wrzucić ten proszek do smoothie i zobaczyć, co z tego wyjdzie.



No dobrze, ale czy jest tam gdzie kupować jedzenie poza supermarketami?
Ależ oczywiście.
W centrum są dwa duże sklepy ze zdrową żywnością (pomijając wspomniany wyżej), z czego jeden całkowicie wegański. Ten właśnie- Rice Up Whole Foods- postanowiłam odwiedzić. Powiem szczerze, że na razie mi wystarczy, bo jest tam w zasadzie wszystko, co można sobie wymarzyć.
Ciasta, kanapki, ciepłe dania na wynos. Kosmetyki, suplementy. Organiczne warzywa i owoce. Orzechy, strączki i zboża na wagę. Batony, czekolady, lody. Najpyszniejsze podróbki mięsa, jakie jadłam. Cała lodówka z wegańskimi serami. Mrożone gotowce- paszteciki, pizze, kiełbaski. Sosy, słodkie kremy na chleb. Superfoods. I wiele więcej. O mamo.
Ten sklep to w zasadzie temat na oddzielny wpis.

Ceny są zróżnicowane, znaczna większość produktów jednak jest przystępna dla osoby o przeciętnych zarobkach.





Dokupiłam sobie tam podstawowe wegańskie suplementy, Veganicity od Sweet Piggy mam już na wyczerpaniu. W tle czekolada iChoc- niestety zapomniałam zrobić oddzielne zdjęcie. Spróbowałam ciasteczkowej, białej z wanilią i białej z nugatem. Ta ostatnia zasmakowała mi najbardziej, choć wszystkie były minimalnie za słodkie.




Wreszcie tofu inne niż Cauldron! Konsystencja bardzo na plus, nieco twardsza, ale nie sucha. Tofu marynowane ma ciekawy zestaw przypraw, ze skórką cytrynową na czele. Oba jednak są dosyć mdłe, raczej jako półprodukt niż gotowiec. W sklepie dostaniecie też inne marki, nieco droższe (te tutaj kosztowały niecałe 2 funty za kostkę).
Z lodówki pełnej serów wybrałam najpierw Vegusto. Smak świetny, bardzo serowy, ale ma on chrzęszczącą, plastelinową konsystencję, za którą nie przepadam. Innym razem kupiłam kremowy serek Tofutti oraz podstawową wersję smakową Sheese. Ten pierwszy całkiem mi posmakował- neutralny, lekko jogurtowo-twarogowy. Sheese za to okazał się kompletną porażką. Twardy, chrzęści i śmierdzi. Raczej nie pokuszę się o kupno innych rodzajów.




Dostępnych jest tam sporo substytutów mięsa Tofurky. Bez koloryzowania, są to najlpsze wegańskie "mięsa" w moim życiu. Szynka i kawałki "kurczaka" ze zdjęcia są po prostu idealne, innym razem kupiłam też plasterkowany tempeh "bacon style", który sprawił, że moje kanapki do pracy stały się kosmiczne.
Z boku na zdjęciu widzicie jeszcze pastę Tuna Style- całkiem dobra, ale niczego mi nie urwało. Smakuje jak pasta z niewielkim dodatkiem jakiejś wędzonej makreli czy czegoś w tym guście.





To tyle. Z tego niewielkiego ułamka jedzeniowych opcji łatwo wywnioskować, że usiłuję się tu do reszty nie utuczyć.
Obiecuję, że blog nie umrze, a ja będę się do Was odzywać, nawet jeśli nie będzie się to zdarzało bardzo często.




(w międzyczasie zdążyłam zafarbować włosy na czerwono i wyprać sobie z nich kolor u fryzjerów)

4 komentarze:

  1. Ale dobroci :) czlowiek tak się przyzwyczaja do "polowania" na weganskie opcje, że potem jak się znajdzie zagramanicą gdzie półki sie uginają to nie wie co brać ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Morrison drogi? No coś Ty! Za 20£ żywiłam się tydzień. Quorn uwielbiam i ma pyszne mięso mielone ^^ w ogóle wybór i dostępność produktów jest zadziwiająca. I te ceny!
    Koniecznie spróbuj też cocount cream - idealne do owsianek lub kaszy z groszkiem i cynamonem. Mniam!
    A ja lecę szukać tofurky - bo jeszcze nie dane mi było spotkać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ceny "dziwadeł dla wegan" były tam wyższe niż w takiej Asdzie ;)

      Usuń

Jeżeli nie masz konta w bloggerze, podpisz się imieniem lub ksywą. Będzie mi bardzo miło wiedzieć z kim rozmawiam. :)
Miłego dnia!